poniedziałek, 29 listopada 2010

Ostrov

Idea narodziła się na highline'owym spotkaniu w Bolechowicach. Razem z Christianem stwierdziliśmy, że trzeba jak najszybciej zorganizować jakiś weekendowy wyjazd. Chris w pierwszej kolejności zaproponował Ostrov ze względu na urok i wszechstronność tego miejsca. W czeskich piaskowcach nieopodal potencjalnych miejsc rozmieszczenia highline'ów miały znajdować się jaskinie, w których docelowo mieliśmy nocować. Idealnie.
Alternatywą miały być polskie Sokoliki, ale niewątpliwie Ostrov prosperował znacznie lepiej pod każdym względem.

Dzień przed wyjazdem odebrałem od kuriera zaadresowaną do mnie paczkę z pakietem sprzętu firmy Berghaus, który miałem przetestować. Byłem bardzo mile zaskoczony jakością pełnego kompletu ubrań oraz akcesoriów outdoorowych. Już na pierwszy rzut oka było widać że sprzęt jest bardzo dobrej jakości. Ochoczo zacierałem ręce na sprawdzenie go w terenie oraz na samych highline'ach :)

12 listopada 2010 około godziny 12 skończyliśmy pakować bagaże do samochodu. Razem z całą ekipą, czyli Magdą, Rafałem "Pigmejem" oraz Dominikiem załadowaliśmy się do fury i ruszyliśmy w 9-godzinną podróż.


Podróż minęła gładko, bez przeszkód, w bardzo przyjemnej atmosferze. Mówiąc precyzyjnie pierwsze cztery godziny ciągłego śmiechu (w tym dzikiego zawodzenia Magdy) wyczerpały nasze pokłady energii i dalej było już wyjątkowo cicho i spokojnie. Na miejsce dotarliśmy około godziny 21. Tam czekali na nas Christian wraz z Johannesem, Dennisem, Honzísem i Voŕíśkiem. Niedługo potem dotarli Lukas, Alexander oraz Anatolij, ekipa była w komplecie. Razem rozsiedliśmy się w pubie Pod Císařem, gdzie delektując się po męczącej podróży czeskim piwem i grzanym winem zaplanowaliśmy kolejny dzień.
Z założenia mieliśmy spać w jaskiniach położonych nieopodal, ale okazało się że przy drodze stał opuszczony ośrodek który postanowiliśmy wykorzystać. Chłopaki wcześniej już ogarnęli podłogi, także można było z powodzeniem zagospodarować dwa pokoje na górze. Warunki prawie hotelowe :). Nie licząc ujemnej temperatury w nocy i trzaskających drzwi na wietrze, trzeba przyznać że było przytulnie i klimatycznie. Braki sprzętowe zmusiły mnie do spania w trzech letnich śpiworach, co dało całkiem niezły efekt bo było naprawdę ciepło.



Spaliśmy dłużej niż planowaliśmy, podróż dała się nam we znaki. Po porannym ciepłym posiłku udaliśmy się na punkt docelowy rozwieszania highline'ów. W zasadzie były to dwa oddzielne miejsca. Pierwsze z nich znajdowało się nieopodal samego Ostrova, jakieś piętnaście minut spacerem w górę zbocza doliny chłopaki z Niemiec zamotali highliny długości 45 metrów oraz 56 metrowego I land cruising. Tam gdzie my stacjonowaliśmy, czyli około czterech kilometrów dalej wisiał 10 metrowy Windchill i miał zawisnąć 18 metrowy Dogga (nazwa nieoficjalna, wzięta od nazwy turni). Ze stromego zbocza doliny rozpościerał się przepiękny widok na miasteczka usytuowane niżej. Dokładniej mówiąc, był to klif zbudowany z piaskowców wysokości około 20-30 metrów oraz pojedyncza turnia wysunięta nieco dalej która wyraźnie przeciwstawiała się procesom erozyjnym.
Początkowo wisiał jedynie krótszy Windchill, którego nazwa wzięła się od bezustannie wiejącego wiatru od strony doliny w górę zbocza (nazwał go tak Christian zainspirowany zdjęciem zrelaksowanego Honzísa leżącego na highline z lonżą, która zamiast swobodnie zwisać, była poziomo odchylona przez wiatr). Dogga zawisł dopiero około godziny 16, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi.



 Gdy dotarliśmy na miejsce niezwłocznie założyłem uprząż i czekałem na swoją kolej do wejścia na krótszy highline. Wstałem bez większych problemów i przeszedłem Windchilla OS FM. Postanowiłem polatać troszkę na lonży celem przyzwyczajenia się do tego na tyle, żeby odsunąć jak najdalej na bok strach przed spadnięciem z taśmy. Wiało niemiłosiernie, pojedyncze podmuchy wiatru popychały tak że trzeba było porządnie się zaprzeć aby utrzymać równowagę. Jak rzuciłem z całej siły skórkę od banana przed siebie to niespodziewanie prawie dostałem nią centralnie w twarz, wróciła pchana wiatrem (było przy tym sporo śmiechu). Taki podmuch podczas chodzenia highline dawał niezły zastrzyk adrenaliny! Świetne uczucie, chyba pierwszy raz spodobał mi się silny wiatr towarzyszący uprawianiu slackline.
Trzeba przyznać że było dość mroźno, w dodatku wiatr potęgował niską odczuwalną temperaturę. Ubrania Berghaus sprawdziły się w tych warunkach na medal, dobrze izolowały a wysoka wiatroszczelność okazała się błogosławieństwem, w zasadzie tylko dzięki temu mogłem cieszyć się tym przyjemnym obliczem wiatru na highline.


Po mnie swoich sił spróbowała Madzia. Niestety wiatr nie był jej sojusznikiem i skutecznie zniechęcał ją podczas każdej próby wstania z taśmy. Poddała się po dość długich i psychicznie wyczerpujących próbach przełamania się... do końca dnia Magda była wyraźnie zawiedziona i przygaszona. Doskonale znałem to uczucie po Bolechowicach, nie życzę tego nikomu.



Przez prawie cały dzień, na turni trwało motanie dłuższej taśmy. Dużo czasu zajęły same próby dostania się tam, gdyż trzeba było wspinać się bez asekuracji dość spory odcinek (pierwsza wpinka była na wysokości około 20m). Rafał po kilku próbach podołał zadaniu, udało mu się dojść do wpinki, dalej zostało już plus minus 7m skały.


Chłopaki uporali się ze wszystkim do godziny 16-tej. Chris pierwszy przywiązał się do lonży i po kilku próbach przeszedł kilka razy. Pod koniec chodzenia Chrisa zaczęło się bardzo szybko ściemniać. W momencie jak sam wszedłem na taśmę było już dość ciemno i zerwał się jeszcze większy wiatr. Od razu przypomniały mi się Bolechowice, choć teraz warunki były jeszcze gorsze. Postanowiłem odegrać się za tamtą porażkę i wstałem prawie od razu, odrzucając niepewność i strach na bok, nie pozwalając podświadomości trzymać mnie w bezruchu. Wstałem i ... przeszedłem Dogga on sight full man przy bardzo trudnych warunkach. Byłem przeszczęśliwy! Udało mi się pokonać tą barierę, teraz mogłem w pełni cieszyć się czystą, euforyczną przyjemnością płynącą z highline!
To przejście nauczyło mnie, że im szybciej wstaniesz, tym bardziej pewny siebie będziesz później. Wycisz swój drugi umysł, nie pozwól podświadomości tobą manipulować, pokonaj samego siebie. Wewnętrzna blokada znika w momencie przełamania się. Nic nie smakuje lepiej, jak uczucie zwycięstwa nad własnymi słabościami.



Do końca dnia zachowywałem się tak, jakby ktoś mi wstrzyknął dożylnie skrajną dawkę endorfin. Wieczorem usiedliśmy z ekipą nad stawem znajdującym się pod pubem i spijając zwycięskie piwa wspominaliśmy miniony dzień.

Kolejnego dnia wcześnie rano dotarliśmy ponownie na to samo miejsce co poprzednio. Planowaliśmy zajrzeć na drugą miejscówkę, ale zasiedzieliśmy się tutaj a później czas nam już nie pozwolił (Christian był tam od rana i udało mu się przejść 45m!). Na miejscu czekali na nas chłopaki z Niemiec. Lukas kręcił materiał do filmiku a Anatolij skoczył z dłuższego highline na lonży długości 7,5m! Tego dnia było już sielankowo, wiatr był lżejszy, wyszło słońce, lecz nadal było chłodno. Katowałem oba highliny, próbowałem kleić swoje pierwsze highlinowe tricki i w pełni delektowałem się wiszącą w powietrzu, pozytywną atmosferą. Magda po kolejnych długich chwilach przełamywania się w końcu wstała! Zrobiła kilka kroków które naszprycowały ją do reszty pozytywną energią. Była przeszczęśliwa i wszyscy włączając ją samą byli z niej bardzo dumni! Tak jak pisałem wcześniej, nic nie smakuje lepiej, jak uczucie zwycięstwa nad własnymi słabościami.



Johannes zaliczył tego dnia ładne przejście Doggi, gratulacje! Rafał jak tylko nauczy się chonga będzie cisnął highliny na potęgę! Miał dokładnie ten sam syndrom co Magda pierwszego dnia oraz ja w Bolechowicach. Prędzej czy później przychodzi ten czas, w którym paniczny strach towarzyszący highline przeradza się w najprzyjemniejsze uczucie jakiego doznaliśmy w życiu.



Uczucie to jest nie do opisania. W pełni możemy panować nad strachem, jest on ale obok nas, im jest straszniej tym uczucie które nas przepełnia jest silniejsze. Zamienia się to z paraliżującej paniki w motywujące wyzwanie. Jeśli dodać do tego muzykę, piękną okolicę taką jak Ostrov, nastrój tam panujący i ludzi którzy go tworzą, miejsce to zamienia się na te krótkie chwile w swoisty raj a emocje które nas przepełniają tworzą czyste, pierwotne szczęście. Tak właśnie było przez cały drugi dzień.



O godzinie 15-tej zaczęliśmy wszystko zwijać. Wieczorem byliśmy już w naszym "hotelu", zjedliśmy coś ciepłego i około 20-tej ruszyliśmy w podróż powrotną. Droga była spokojna, Dominik wraz z Magdą spali prawie cały czas z tyłu samochodu a Rafał dzielnie trwał w roli pilota. Praktycznie zerowy ruch pozwolił nam dotrzeć do domu w niecałe siedem godzin.

Ostrov był totalną rewolucją. Poznałem tam highline z tej najważniejszej, esencjonalnej strony. Nie mogłem doczekać się kolejnego wyjazdu! Już następnego dnia po przyjeździe czułem, że totalnie się od tego uzależniłem. Ewidentnie, bez żadnych wątpliwości to jest to co kocham.

Chciałem serdecznie podziękować całej ekipie za towarzystwo, świetnie spędzony czas i przede wszystkim motywację! Dziękuję również firmie Berghaus za udostępnienie mi świetnego sprzętu który sprawdził się wprost idealnie! Mała waga, wiatroszczelność oraz wysoka kompresyjność kurtek idealnie sprawuje się na wyjazdach highline. Ciężkie ubrania ciążą na rękach oraz barkach podczas chodzenia na slackline co powoduje o wiele szybsze męczenie się trzymających równowagę rąk. Moja kurtka jest jednak tak lekka że praktycznie jej na sobie nie czułem.

Osobne podziękowania za wspaniałą prezentację i piękne zdjęcia należą się Dominikowi!



Highline jest zbyt piękny, by się na niego blokować.




Ostrov Highline from Dominik Kapusta on Vimeo.

piątek, 5 listopada 2010

Rok 2010 - Podsumowanie

Rok 2010 był bardzo intensywny jeśli chodzi o slackline. Postaram się przytoczyć tutaj najważniejsze wydarzenia, imprezy, festiwale i wszystko co wywarło istotny wpływ oraz miało dla mnie duże znaczenie w sferze slackline, wliczając okres od którego to się zaczęło.

Można powiedzieć że moja przygoda ze slackline miała dwa początki. Pierwszym był rok 2008 - pierwszy filmik slackline, pierwsza taśma, pierwsze sklejone tricki. Drugim był początek roku 2010 - pierwsze poważne spojrzenie na ten temat i stopniowe ruszenie z ciężkim treningiem. Na początku był tylko trickline, braki sprzętowe uniemożliwiały mi rozwój w longline. Wiosną poznałem mojego przyjaciela – Pigmeja, gościa z Łodzi który w slackline siedział już od 2006, jednak mało intensywnie. Wtedy właśnie zaczęły się pierwsze próby longline na czterotonowej, okropnie ciężkiej taśmie transportowej szerokości 3.5 centymetra. Moim rekordem było wtedy coś koło 30 metrów :) highline był dla mnie kompletnie nieznanym tematem.

Wszystko zaczęło rozkręcać na imprezach sportowych gdzie zjawialiśmy się razem z Gibbonem. To było ciężkie ciśnięcie tricków :) przykładowe imprezy:

Kielce [zimowe targi outdoor]
Zawoja [zawody free tour]
Dąbrowa Górnicza [Extreme Summer]
Poznań [Impreza w szkole podstawowej oraz pokaz promocyjny dla intersportu]
Łódź [Extreme Summer]
Warszawa [pokaz dla intersportu]


Gibbon w Zakopanym


Razem z wakacjami przyszły slackfesty. Ominęło mnie niestety kilka, ale załapałem się za to na te najważniejsze.

Pierwszym z nich był Bisik [Czechy]. Swoista rewolucja jeśli chodzi o moje podejście do slackline. Oprócz tych wszystkich pozytywów płynących z samego sportu jako takiego, pojawiła się nieziemska otoczka jemu towarzysząca. Ludzie tworzyli idealną atmosferę a pozytywna energia emanowała nieustannie na wskroś całego festiwalu. Oprócz tego pierwszy raz poczułem co to znaczy highline. Zakochałem się w tym przerażającym uczuciu. Dodatkowy klimat budowały czeskie piaskowcowe "wieże" wyłaniające się z pomiędzy konarów drzew. Po przejściu pierwszego highline'a [Bisik highline, 9m, za drugim podejściem pyknął Full-man] mogłem stać na jednej z nich i wpatrywać się w horyzont w nieskończoność, znajomi sporo się namęczyli żeby mnie stamtąd ściągnąć :)
Nie zabrakło też konkursu trickline, ale pech chciał że w czasie jego trwania zajadałem się przysmakami czeskiej kuchni parę kilometrów dalej...
W Bisiku pobiłem swój rekord longline przechodząc taśmę długości 55 metrów (rekord to trochę duże słowo w tym przypadku).

Highline Bisik
widok z dołu
Highline Bisik




Kolejny slackfest, Chemnitz [Niemcy].
Zaskakująco duży festiwal na który zjechało się spore grono światowej klasy slacklinerów! Razem ze znajomymi dotarłem na miejsce o godzinie około 6 rano po ośmiogodzinnym prowadzeniu autka. Po krótkim śnie, śniadaniu i krótkiej rozgrzewce zapisałem się na zawody trickline. Konkurs wystartował po południu. Zająłem 4 miejsce (1. Lukas Irmler 2. Michael Ashaber 3. Helmar Fasold). Drugiego dnia był konkurs skoku wzwyż, w którym wywalczyłem 1 miejsce! O ile pamiętam, skok finałowy był na wysokość 170cm. Po całym konkursie, razem z Flo próbowaliśmy skoczyć jeszcze więcej. Skończyło się na przeskoczeniu przeze mnie 2 metrów.




Po konkursach nadszedł czas na longline. Na początku po kilku próbach udało mi się przejść 70m, następnie po dłuższych zmaganiach przeszedłem 90m longline na dość ciężkiej taśmie.

Niestety równolegle do festiwalu mój przyjaciel z którym szedłem łeb w łeb – Marvin, niefortunnie zeskoczył saltem w tył z taśmy skręcając kolano. Kontuzja uniemożliwiła mu ćwiczenie przez długi czas, oraz sprawiła że Marvin ostatecznie wycofał się z uprawiania slackline.


Kolejnym festiwalem jest Urban Highline w Lublinie. Odbyły się tam spore zawody trickline, ale niestety moja forma nie była w najlepszym stanie i dość szybko odpadłem. W lublinie udało mi się przejść longline 93m oraz po wieeelu próbach highline 21m. Ostatniego dnia festiwalu przełamałem strach towarzyszący highline, udało mi się go zmanipulować. Można powiedzieć że to był mój przełomowy moment :)







Wprowadzenie w środowisko slackline i w pierwsze slackfesty w pełni zawdzięczam Karolinie Lis "Neiko" !

Wartym wspomnienia jest spontaniczny wypad do Wrocławia razem z Neiko i Madzią. Po dotarciu na miejsce dowiedzieliśmy się że akurat chłopaki (Damian z Kornym) rozwieszają high/midline'a nad odrą i oczywiście zdecydowaliśmy dołączyć. Highline miał długość około 15m i udało mi się go pokonać on sight, full man, co było niesamowitym uczuciem. Następne dwa dni pobytu we Wrocławiu to slack przez całe dnie przy panoramie oraz wieczorna impreza na wyspie słodowej :)



Przez całe wakacje oraz we wrześniu prowadziliśmy warsztaty slackline w Łódzkim parku Poniatowskiego. Muszę przyznać że była to dość męcząca inicjatywa (szczególnie jak rój dzieciaków obsiadał taśmy), ale z drugiej strony nie ma nic lepszego niż dzielenie się z innymi swoją pasją. Planujemy pociągnąć również jakieś warsztaty zimą na sali. Nie jest jednak łatwo znaleźć salę z odpowiednimi warunkami, zarówno tymi potrzebnymi do bezpiecznego ćwiczenia, jak i tymi skutecznie wyszczuplającymi portfele.

Oprócz tego miałem przyjemność prowadzić szkolenia dla sprzedawców sklepów Intersport w Polsce. Odbyły się one w takich miastach jak Poznań, Kraków czy Katowice.



We wrześniu do Łodzi wpadł Janek Gałek! Długo oczekiwana sesja trickline była nieziemska w skutkach. Oboje motywowaliśmy się nawzajem, wymyślaliśmy coraz to bardziej skomplikowane tricki a co za tym idzie mieliśmy duuuży postęp.


W takim razie, co teraz?
W tej chwili wraz z ekipą planujemy kilka zimowych wyjazdów highline'owych, najbliższy z nich będzie w połowie listopada. Oprócz tego prawdopodobnie pojawimy się wraz z Gibbonem na Krakowskim Festiwalu Górskim. Jedyną opcją na trenowanie zimą jest slack rozwieszony na znajomej ściance wspinaczkowej, ale mimo to szukamy lepszej lokalizacji ze względu na nie do końca sprzyjające tam warunki. Jestem otwarty na wszelkie propozycje :) Poza tym próbuję swoich sił w konkursie King of slackline 2010, obecnie trwa 9 runda a poziom jest bardzo wysoki. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)

niedziela, 24 października 2010

Highline Bolechowice - cenna porażka.

Piątek, około 7 rano, dopakowuję do torby uprząż i rękawiczki. Otwieram jeszcze na moment laptopa żeby zobaczyć kilka losowych ujęć z jakiegoś filmiku highlinowego, wyobrazić sobie uczucie towarzyszące tamtym slacklinerom, nakręcić się i pojednać ze strachem. Zamykam laptopa, biorę bagaże i idę do samochodu. W aucie ustawiam GPS na Bolechowice i jadę po Magdę.

Jest 22 października, jedziemy razem z Magdą do doliny Bolechowickiej nieopodal Krakowa, pora na highline. Praktycznie całą drogę nastawiam się psychicznie. To dopiero czwarty highline w moim życiu, trzy poprzednie przeszedłem w tym jeden OS FM [Onsight Fullman] ale najdłuższy z nich miał 21m na wysokości około 8m. Potato power [ ;D ] - bo tak nazwany został Highline w Bolechowicach, ma niecałe 35m długości oraz 30m wysokości. Droga przebiegła bez większych problemów, dojazd jest banalny. Na miejscu czeka już na nas Christian który dopiero co przerzucił linę backupową i kończył przygotowywać stanowiska. Miejsce jest przepiękne, dwie turnie wynurzające się spomiędzy drzew na kształt bramy. Widok jest naprawdę magiczny.


Tak zastaliśmy Chrisa
W trakcie wchodzenia na górę upuszczam moją torbę, obserwuję cierpliwie jak powoli stacza się po zboczu aby runąć z donośnym hukiem na skałę 10m niżej. Piękny widok, Christian razem z Magdą wybuchają panicznym śmiechem, ja po kilku sekundach ochoczo do nich dołączam. Śmiejąc się ze swojego "szczęścia" wchodzę na górę i pomagam Chrisowi motać wszystko. W zasadzie jedyną rzeczą która poszła sprawnie to obłożenie slingów treewearami Gibbona, wszystko inne idzie nam nader opornie, samo przeciąganie taśmy na drugą stronę za pomocą liny zajmuje nam co najmniej pół godziny (jeśli nie godzinę). Nie mogliśmy za mocno napiąć backupu z powodu małych braków sprzętowych, w efekcie był on niemiłosiernie luźny w porównaniu do taśmy. W pewnym momencie zaczęliśmy głośno się śmiać z naszych poczynań, było co najmniej wesoło ;).







Skończyliśmy wszystko przygotowywać po godzinie 17, słońce powoli chyliło się ku zachodowi zalewając dolinę lekko czerwoną poświatą, kiedy Christian podklejał slacka (czerwony white magic). Przy wchodzeniu na taśmę Chris zdjął buty i chciał rzucić je na skałę, lecz jeden z nich postanowił się odrobinę stoczyć. Nie mogłem przestać się śmiać widząc tą scenę, to było piękne dopełnienie wszystkich naszych wyczynów tamtego dnia. But na szczęście zatrzymał się w szczelinie.. a ja śmiałem się jeszcze w głos. Po pierwszej próbie okazało się że taśma jest dużo za luźna, po dociągnięciu jej po kilku upadkach Chris zaliczył fullmana (przejście w obie strony).


Go go go!

Uciekające buty Chrisa

Słońce już dawno schowało się za skałą, robiło się ciemno. Gdy wchodziłem na slacka było już dość mało widać. Posiedziałem chwilę oswajając się z wysokością kiedy zaczęło się totalnie ściemniać. Przejechałem na karabinku na drugą stronę taśmy, skąd o wiele łatwiej się startowało, usiadłem, odpiąłem karabinek, wziąłem kilka głębokich wdechów i ... nic nie zrobiłem. To całe oporne napinanie, luźny backup, ciemność, długość i wysokość slacka, presja związana z tym że zaraz całkowicie się ściemni i trudno będzie zejść na dół (nikt nie wpadł na genialny pomysł wzięcia czołówki ;D) mnie zwyczajnie przerosły. Nie mogłem się zebrać żeby chociażby spróbować wstać z chongo, nie było takiej opcji. Próbowałem coś z tym zrobić, Magda z Chrisem wykrzykiwali motywujące słowa, ale po prostu się zablokowałem. Przypiąłem karabinek i wróciłem na skałę.

Słońce już prawie zaszło


Nie mogłem się oswoić z tym poddaniem się, byłem zawiedziony. Po chwili jednak zmieniłem nastawienie, był to pierwszy highline którego nie przeszedłem, nie mówiąc już o nie wstaniu. Nigdy wcześniej się w ten sposób nie poddałem, było to nowe doświadczenie z którego postanowiłem wyciągnąć jakąś naukę, wręcz cieszę się że tak się to skończyło. Idealnie ujęli to Dale Goddard i Udo Neumann w swojej książce o wspinaczce:

Pojednaj się z niepowodzeniami. Aby dalej się rozwijać musisz skorzystać z nich tak samo jak ze swoich zwycięstw. Są one cenne i konieczne. Nie korzystając z lekcji jaką stanowią, unikając ryzyka i bólu kultywujesz jedynie długoterminowy zastój – a tego należy bać się jak ognia.

Moja porażka tamtego dnia dała mi bardzo ważną lekcję - uświadomiła mi że najgorszym co można zrobić jest poddanie się. Przyjmuję ją z wdzięcznością, dzięki temu mam teraz taką motywację jak nigdy wcześniej.

wtorek, 12 października 2010

Michael Jackson bounce!

Na dzisiejszej sesji trickline w przypływie niesamowicie twórczej weny wymyśliłem nowy, śmieszny triczek, zobaczcie sami dlaczego nazywa się tak a nie inaczej ;)

Michael Jackson bounce

Oprócz tego udało się skleić kilka dobrych, poniekąd improwizowanych combosików

Combo 1
Combo 2

To była jedna z ostatnich sesji kiedy jeszcze była znośna temperatura i świeciło ładne słoneczko... niedługo przenosimy się na salę, mamy już kilka miejsc na oku. Napiszę niezwłocznie jak znajdziemy coś konkretnego :)

poniedziałek, 11 października 2010

Ostatnie sesje trickline

Ostatnio miały miejsce trzy bardzo twórcze i owocne sesje trickline:

2 październik:
Ładny słoneczny dzień, park Mickiewicza na bałutach w Łodzi, wczesnym popołudniem wraz z Magdą, Wilkiem i Krukiem rozwiesiliśmy kilka Gibbonowych tricklinów. Po niedługim czasie ostrego napierania zainteresowało się nami dość spore grono ludzi z tłumem dzieciaków na czele. Oprócz tego poznaliśmy Dominika Kapustę - fotografa który zafascynował się slackline od strony artystycznej. Przemiły gość, jest teraz z nami tam gdzie tylko może się pojawić robiąc nam przy tym naprawdę genialne zdjęcia. Skleiłem kilka dobrych combosów + nareszcie zacząłem jako tako panować nad butt bounce 360.

by Dominik Kapusta
http://www.flickr.com/photos/ayoy


6 październik:
Spokojniejsza sesyjka z Magdą na radogoszczu przy moim bloku. Wpadł też Dominik porobić nam zdjęcia (wyszły nieziemsko, jak zwykle zresztą :) ) Nastawienie na ostre tricki, Madzia doskonali butt bounce i klei buddha, mnie udało się skleić kilka backflipów, sick nasty, sick chest i niewiele zabrakło do back bounce to chest bounce :) niesamowicie owocny dzień...





9 październik:
Samotna sesja na osiedlu, wchodzi czyściutka 540 oraz back bounce to chest bounce - Yeah! :)