Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekty i wyjazdy highline. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Projekty i wyjazdy highline. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 19 listopada 2012

Skalna Korona + trochę wspominek

Po powrocie z 3-miesięcznego tripu hajlajnowego po Stanach Zjednoczonych (https://vimeo.com/16145737) miałem jasno sprecyzowane cele. Miejscem, które odbiło na mnie największe piętno podczas całego wyjazdu i najbardziej mnie zainspirowało, były Yosemity. Mimo że później udało nam się pokonać sporo dłuższych taśm oraz wyrównać ówczesny rekord długości przechodząc Big Boya (67m) w Joshua Tree, to właśnie taśmy na Lost Arrow Spire były tymi najbardziej wymagającymi i najbardziej zapadły mi w pamięć. Obecnie w slacku można zauważyć trend "bicia rekordów". Wszyscy pragną przechodzić coraz dłuższe i dłuższe taśmy. Coraz częsciej jednak zapomina się, że sama długość nie jest jedyną cechą, która wpływa na trudność a już na pewno nie na piękno i intensywność przeżycia. Wysokość, ekspozycja, trudność montażu, siła naciągnięcia taśmy - wszystkie te cechy wpływają na nasze odczucia co do trudności. Sama długość jest tylko jednym z tych czynników. Taśmy na Lost Arrow Spire nie należą do najdłuższych, spoglądając na obecne standardy można wręcz stwierdzić, że są krótkie (17m i 33m). Jednak wysokość, ekspozycja, długie podejście, skomplikowany rigging, otoczenie wielkich ścian - wszystko to wpłynęło na mój odbiór tego przeżycia. Pamiętam, że kiedy siadałem na taśmie rozpiętej blisko 900m nad ziemią, całe moje ciało łącznie z wnętrznościami drżało. Byłem kompletnie przerażony. To była najstraszniejsza rzecz jaką zrobiłem w życiu... do dziś. Wiedziałem, że chcę więcej.

Święty Grall hajlajningu... Fot. Michał Korniewicz

W okresie, w którym byliśmy w Yosemitach, nie wspinałem się dużo. Przechodziłem właśnie pierwszy raz w życiu okres dużego regresu formy, kóry ciągnął się - głównie z przyczyn psychologicznych - przez 1,5 roku. Kiedy jednak stanęliśmy pod ścianą El Capitana i zobaczyłem na własne oczy tego kilometrowego kolosa, w głębi duszy zapragnąłem znów się wspinać. Sam widok tej ściany był tak inspirujący, że postanowiłem zrobić wszystko, żeby kiedyś się na nią wspiąć klasycznie. To pragnienie cały czas siedzi w mojej podświadomości i czuję, że wszystko co robię w moim wspinaniu prowadzi mnie do jego realizacji. Może jeszcze nie w tym roku, ani nie w przyszłym, ale kiedyś na pewno...

Gdy wróciłem ze Stanów, automatycznie musiałem wymyślić sobie kolejne projekty. Pokonywanie coraz dłuższych taśm wiązałoby się z całkowitym poświęceniem dla slacka i skierowania całej mojej uwagi oraz środków finansowych na ten cel. Nie chciałem tego robić, ponieważ za bardzo rozpalała mnie chęć powrotu do wspinania i zdobywania dużych ścian. Postanowiłem więc, że najlepiej będzie połączyć oba te sporty. Rozwieszać hajki w górskich rejonach wielkościanowych, w miejscach do których trzeba się dowspinać. Nie muszą to być najdłuższe taśmy, ale piękne, trudne i inspirujące. Tak, to są projekty dla mnie! Był tylko jeden problem - nie miałem zielonego pojęcia o wspinaniu w górach. Postanowiłem to zmienić. Coraz więcej wspinałem sie w piachach, które moim zdaniem są najlepszym jednowyciągowym polem treningowym przygotowującym do wspinu w górach. Skupiłem się na zdobywaniu doświadczenia w "górskich" formacjach typu rysy, kominy, offwidthy, długie techniczne płyty. Traf chciał, że w czasie kiedy zapragnąłem mocno wspinać się w górach, Polski Związek Alpinizmu ogłosił nabór do tzw. "Grupy Młodzieżowej" (http://gmpza.pl) - programu mającego wprowadzać młodych wspinaczy do wspinania w górach. Idealnie! Udało mi się dostać do tego programu i dzięki temu miałem okazję pierwszy raz powspinać się w Tatrach, w dodatku w zespole z legendą polskiego wspinania - Andrzejem Marciszem. Zakosztowałem także  wspinania zimowego w Tatrach, z ekipą z grupy pojechaliśmy na dwutygodniowy wyjazd wspinaczkowo-hajkowy do Verdonu we Francji (https://vimeo.com/43695301). Razem z Kubą Wrześniem, który też jest członkiem Grupy udało mi się także spełnić jedno z moich wielkich marzeń - wspiąć się na południową ścianę Marmolady we włoskich Dolomitach. Ta ściana jest niesamowita. Morze szarego wapienia o wysokości 1000m i długości 3km. Nie bez powodu nazywana jest Królową Dolomitów. Bez wątpienia tam wrócę i to pewnie jeszcze nie jeden raz.

Wakacyjnie pod Marmoladą
Kiedy jadę wspinać się w skałki, w 95%  przypadków są to piachy. Hejszowina, Labak, Teplice, Adrszpach - w tych rejonach znajduję wszystko, czego mi potrzeba we wspinaniu. Długie wyciągi, kanty, rysy, offwidthy, techniczne płyty, wszystko światowej klasy.
Przy okazji jednego z pobytów w Teplicach, przypomniałem sobie o hajku, którego już od dawna chciałem powtórzyć. W 2009 roku niemiecka ekipa Landcruising jako pierwsza i jedyna dotychczas rozwiesiła 30-metrową taśmę na Skalnej Koronie - 50-metrowej turni znajdującej się na początku najsłynniejszego sektora w Teplicach - Chramovych Stien. Pamiętam, że już wtedy chciałem powtórzyć tę piękną linię, wybrałem się nawet z Łysym do Teplic aby obadać temat. Jednak pierwszy kontakt z teplickimi standardami nie należy do przyjemnych. Aby móc powspinać się na drogach w miarę obitych, trzeba dobrze czuć się na poziomie około piaskowcowego IXb, wszystko co jest niżej w większości przypadków oferuje moralne, obfitujące w ekscytujące runouty przygody. Na Skalną Koronę nie ma łatwego wejścia. Najłatwiejszą drogą jest przeryso-komin pokonany po raz pierwszy w 1927 roku, wyceniany na VIIc. Wtedy pierwszego dnia w tym rejonie, na sam widok tej szpary robiło mi się niedobrze. Pamiętam, że tego dnia wycofałem się jeszcze z dwóch innych dróg i uciekłem z podkulonym ogonem. Dopiero w tym sezonie poczułem się gotowy na to, aby wrócić do Teplic i powoli oswajać się z tym co tutaj dają. Na początku września wziąłem także udział w międzynarodowym spotkaniu wspinaczkowym w Adrszpachu, podczas którego mogłem sprawdzić oraz podszkolić swoje umiejętności wspinania w przerysach. Czułem, że w końcu jestem gotowy na zmierzenie się z przerysą na Skalnej Koronie.
Pozostało tylko znalezienie zmotywowanej ekipy do zamotania tej taśmy. Z pomocą przyszedł jak zawsze chętny na wszelki wyjazdy Cinek, który namówił na wyjazd dwójkę wspinaczy z Lubina - Brzezika i Motyla oraz mieszkającą we Wrocławiu slacklajnerkę z Ukrainy - Olę. Mnie udało się także namówić na Koronę dwójkę lokalnych slackerów z Adrszpachu - Kubę i Vojtka.  Nocleg zapewnił nam Filipski (dzięki wielkie!).

Skalna Korona (Fot. teplickeskaly.cz)
Kolejnego dnia przyszedł w końcu czas na rigging. Standardowo zbytnio się nie spiesząc z porannym ogarnianiem (slacklife...) pod Koronę dotarliśmy ok. 11.00 Vojtek z Kubą już na nas czekali. Powoli przygotowałem sobie węzły i zakrętasy, po czym wszedłem w startowy komin Starej Cesty. W piachach lubię to, że sam wygląd niektórych dróg jest dla mnie przerażający i w głowie tworzę sobie zwykle pewien mit, który przez długi czas odpycha mnie od spróbowania tej drogi. Często latami omijam ją szerokiem łukiem, a kiedy w końcu czuję się gotowy na to, żeby zmierzyć się z mitem, okazuje się, że wcale nie jest tak źle jak mogłoby się wydawać. Tak też było i tym razem. Choć przerysa nie należała do lajtowych i musiałem na niej troszkę przywalczyć, przeszedłem całą drogę w miarę sprawnie OS. Okazało się, że dolna trudniejsza część drogi jest też całkiem nieźle obita, a wisieńką na torcie jest 15-metrowy czwórkowy kominek wyjściowy bez żadnej możliwości asekuracji :). Ale jak mówi znane przysłowie piaskowych dziadków: "Tylko głupiec wypadnie z komina". Po dotarciu na górę zacząłem motanie stanu, a w międzyczasie Kuba z Vojtkiem dotarli na masyw po drugiej stronie. Na dole dzielnie wspierał mnie Cinek z lubińską ekipą, umilając sobie czas turniejem w kapsle. Rigging razem ze wspinaniem na turnię zajął około 5 godzin, do stworzenia stanów po dwóch stronach użyliśmy około 30m spansetów :). Sam nie wiem dlaczego, ale uwielbiam tę robotę. Motanie sprawia mi wręcz więcej przyjemności niż samo chodzenie po taśmie. Widok gotowego hajka i myśl ile czasu i siły wymagało od ciebie zamotanie tego wszystkiego daje mi dosyć spore poczucie satysfakcji. Tego dnia na motaniu się skończyło. Zmęczenie oraz krótki październikowy dzień sprawiły, że przełożyliśmy samo chodzenie na dzień następny.


Fot. Vojtěch Malafa (Adr Lines)

Drugiego dnia rano pojawiłem się na miejscu wcześnie rano. Pogoda nie była jednak najlepsza i gdy w końcu przedarłem się przez zarośnięte i mokre kominki na drugą stronę, szare chmury pokryły niebo. Wiejący wiatr dodatkowo sprawiał, że czułem się jak w Mordorze. Nic jednak nie mogło zatrzymać mnie przed spróbowaniem. Taśma była bardzo luźna i mimo że rozpięta była tylko 50 metrów nad ziemią, cała otoczka, ekspozycja, miejsce sprawiły, że byłem po prostu przerażony. Czułem się jak na Lost Arrow Spire i nie byłem w stanie wytłumaczyć sobie dlaczego. Przecież przechodziłem o wiele bardziej eksponowane i wyższe taśmy, a teraz boję się jakbym pierwszy raz wszedł na hajka. Po kilku próbach zakończonych spektakularnymi lotami byłem całkowicie przemielony fizycznie i mentalnie. To było niesamowite, prawdziwa "psycholajna". Gdy odpoczywałem na skale, pojawili się Kuba z Vojtkiem. Kuba postanowił spróbować przejścia w swoich secondskinach rodem z lat 80-tych, jednak duże właściwości "psycho" tej taśmy sprawiły, że nie zdołał on nawet wstać. Po nim przyszła czs na Vojtka, który w ładnym stylu przeszedł taśmę OS FM. To było świetne przejście. Vojtek jest jednym z "młodych gniewnych" czeskiego hajlajningu. Styl w jakim pokonał tego hajka był naprawdę inspirujący. Potem znów przyszedł czas na mnie i w końcu udało mi się przejść taśmę w jedną stronę. Byłem już jednak zbyt "wyprany" na przejście FM. W międzyczasie dołączył do nas trzeci członek ekipy Adr Lines - Marek, który po kilku próbach także pokonał taśmę FM. Dzień oraz całą akcję można było więc zaliczyć do udanych.





Podsumowując, w weekend 20-22.10.2012 udało nam się po raz drugi w historii rozpiąc highline na Skalnej Koronie w Teplicach o wymiarach 32m L/50m H. Dla mnie jednak te numerki znączą o wiele więcej. Realizacja tego projektu pokazała mi też progres techniczny i mentalny jaki wciąż osiągam w moim wspinaniu. Mam nadzieję, że uda mi się dzięki temu zrealizować kolejne, większe projekty, które mam już w głowie... ;) Ważną sprawą będzie znalezienie ekipy do ich realizacji, ale fakt, że niedawno dołączyłem do zawsze zmotywowanej ekipy Slackhouse sprawił, że o to akurat jestem spokojny ;)

Damian

W głowie kolejne projekty...

wtorek, 6 grudnia 2011

Moc Ziemniaka Powraca!

Tak więc ponownie zawitaliśmy na highline w Bolechowicach - Potato Power. Rigging poszedł całkiem sprawnie, dojście do obu stanowisk nie jest najgorsze, nie zapomnieliśmy założyć ringów, nie upuściliśmy żadnego karabinka, bloczka, ani plecaka a pogoda dopisała ponad wszelkie oczekiwania. Setup jakiego użyliśmy to nasza poliamidowa taśma Rubber Band plus lina dynamiczna jako backup. Po kilku próbach na bardzo luźnej taśmie zaliczyłem przejście HM. Taśma była naprawdę luźna, przy stanowisku miałem niezłe podejście "pod górkę". Po dociągnięciu Pigmej zaliczył imponującego OSa, jednak w drugą stronę były już małe problemy i FM puścił za drugim lub trzecim podejściem. Ciekawostką jest, że Rafałowi łatwiej się szło w tym kierunku, którego ja zupełnie nie ogarnąłem :)
Całość filmował Wojtek, podobno ma kilka dobrych ujęć, użyjemy ich prawdopodobnie w filmie promo, OCZEKUJCIE! 

L - 35m, H - 35m (w przybliżeniu).

po riggowaniu, przed tejpowaniem

Bor - pierwsze próby

Pigmej kompletuje full mana

jakiś turysta :))

tak, tam jest bardzo ładnie! :)

z dołu dłuższy się wydaje

double drop knee

poniedziałek, 14 listopada 2011

Hejszowina + Sokoliki




Pod koniec października 2011 postanowiliśmy zrealizować długo odkładane plany, czyli wypad w rejony w których narodził się Polski highline, a mianowicie Sokoliki (Góry Sokole) oraz Hejszowina (Góry Stołowe). Wyruszyliśmy z Łodzi 4 listopada razem z Dominikiem i Rafałem. We Wrocławiu dołączyli do nas jeszcze Janek oraz Wojtek. Jako pierwszy zamotaliśmy highline Little Wind w Hejszowinie. Janek zaliczył przejście free solo, ja zdecydowałem się na swoje pierwsze przejście w swami-belt, a Rafałowi udało się przejść tą taśmę OSFM mimo dość trudnych warunków. Po zmierzchu Wojtek kręcił jeszcze ujęcia do filmu podczas naszych przejść w ciemności z latarkami – czołówkami przypiętymi do kostek, nadgarstków oraz głowy. Swoją drogą, było to niesamowite uczucie gdy idąc na highline miałem pod sobą ciemną otchłań, a światła z latarek tańczyły na skalnej ścianie którą miałem naprzeciwko siebie. 
Tego samego dnia wieczorem przenieśliśmy się do Sokolików, gdzie po przepakowaniu sprzętu, podejściu na szczyt góry i bliskim spotkaniu z dzikami  rozbiliśmy skromny biwak u stóp skał. Następnego dnia rozwiesiliśmy highline Little Boy (6m), na którym zaliczyłem swami OSFM, Rafał OSFM, a Janek po krótkiej rozgrzewce z ankle leash, przeszedł go free solo. Po szybkim przewieszeniu taśmy na Sixth Avenue (15m), ponownie pyknął swami OSFM, Rafałowi OSFM, a Janek został przy przejściu z ankle leash ze względu na bardzo silny wiatr (silne podmuchy niemal zrzucały z taśmy).
Następny cel: Potato Power na Bramie Bolechowickiej!

czwartek, 22 września 2011

Ostrov wita ponownie

Ostrov jest wyjątkowym miejscem. Tutaj właśnie przełamałem się w pełni do highline i poczułem jego prawdziwy smak. Jak tylko wjechaliśmy do miejscowości Tisá, oddalonej o pięć kilometrów od Ostrova, ogarnęła mnie dzika radość, a całe zmęczenie po podróży odeszło na dalszy plan. Na miejsce dotarliśmy około godziny pierwszej w nocy i udaliśmy się od razu do znajomego nam z poprzedniego roku, opuszczonego, lekko zagrzybiałego domu, gdzie spał już Christian z Dennisem.
Rano przywitało nas bezchmurne niebo i piękna, słoneczna pogoda. Po śniadaniu dołączyliśmy do Czechów w barze Pod Císařem i udaliśmy się na zachodnią część doliny, na dnie której mieści się Ostrov, w poszukiwaniu nowych highlinów. Po dwóch godzinach marszu wyszło na jaw, że Peeto nie do końca był pewny lokacji wcześniej odkrytego miejsca. Udało się jednak znaleźć jedno z nich - highline długości 15 metrów z całkiem niezłą ekspozycją na kotlinę. Taśma zawisła po niecałej godzinie motania i zaczęło się chodzenie. Mnie udało się go przejść w stylu OSFM.
Postanowiliśmy pochodzić tego highline trochę dłużej i odpuścić poszukiwań nowych miejsc. Za to wieczorem razem z Christianem, Dennisem i  Bastim wzięliśmy się za riggowanie 38 metrowego Slack Turn oraz 69 metrowego Hippie Punk, tak żeby następnego dnia dociągnąć tylko taśmy oraz backup i skupić się w pełni na highlinowaniu.

Kolejny dzień to była istna patelnia. Słońce waliło żarem na lewo i prawo, tak że na skałach przy wcześniej zamotanych hajach można było smażyć jajka. Mimo dość uciążliwej pogody, chodziło się na tyle przyjemnie, że 38 metrowy Slack Turn został zaliczony przeze mnie w stylu OSFM (z czego jestem bardzo, bardzo zadowolony!). Niestety byłem jedyną osobą która sprostała upałowi. Reszta chłopaków  wylegiwała się w cieniu popijając zimne, czeskie napoje, rzucając w siebie nawzajem szyszkami, a niekiedy nawet przysypiając na dłuższą chwilę. Jedynie Basti podjął kilka prób na Slack Turn.

Następny dzień to jeszcze większy skwar niż wcześniej. Podczas gdy chłopaki zdejmowali Slack Turna ja zacząłem przeprawę na Hipie Punk (69m). Po kilku mało udanych próbach postanowiłem potrenować dojście do końca taśmy z około 2/3 jej całkowitej długości. Następnie zrobiłem maraton przez całą długość taśmy wstając w miejscach w których spadałem i idąc dalej. Chodziło się całkiem nieźle, potrzebowałem tylko dużo więcej czasu na oswojenie się z najdłuższym jak do tej pory highlinem w moim życiu (poprzedni rekord do 42m). Chodzenie po tak długim highline to niesamowite przeżycie, które wiele osób porównuje do stanu medytacji. Można to opisać jako całkowite odcięcie się od otaczającej nas rzeczywistości i przeniesienie się w zupełnie inną sferę, w której czas jakby przestaje istnieć. Miałem już okazję odczuć coś podobnego na innych taśmach, lecz tym razem było to o wiele głębsze przeżycie, które sprawiło, że z całego serca pragnę chodzić jak najdłuższe haje. 
Gdy ponad godzinne próby wycisnęły ze mnie resztki energii, oddałem lonżę Chrisowi. Ten po kilkunastu upadkach i dość długich zmaganiach z trudnym początkiem taśmy przeszedł ją w obie strony, ustalając zarazem swój nowy rekord. Warto wspomnieć, że setup jakiego użyliśmy to czeska taśma Red Dragon oraz lina statyczna jako backup (na tak dużej długości statyki nadają się jako backup, ponieważ wszystkie „statyczne” liny używane we wspinaczce tak naprawdę są linami pół statycznymi, tak więc mają wystarczającą rozciągliwość żeby wyłapać lot na lonży bez niebezpiecznych szarpnięć).

Na tym nasz wypad się skończył, dalej tylko demontaż długiej taśmy, pakowanie, „mycie się” i powrót. W międzyczasie wiele śmiesznych akcji oraz kilka jeszcze śmieszniejszych niedomówień opóźniających odjazd o jakąś godzinę. Już nie mogę się doczekać kiedy ponownie wgramolę się na Hippie Punk, tym razem już z większym doświadczeniem, gotowy do przejścia tego pięknego haja.
Ah ten Ostrov... :) 

motanie 15 metrowego highline

Peeto zalicza przejście z ankle leash

double drop knee

Tuż przed skompletowaniem Full Mana na 38 metrowym Slack Turn


próby na Hippie Punk

prób ciąg dalszy

Chris przechodzi Hippie Punk

Nasza kwatera :)


wtorek, 16 sierpnia 2011

'Machete' Highline by Slackhouse!!!


Oto filmowa relacja z naszego ostatniego zrealizowanego projektu highline, nazwanego "Machete" (na cześć czterogodzinnego karczowania terenu wokół obu stanowisk). Bez grubych tricków, bez wielkiego szału, ale za to z czystą pozytywną energią płynącą z highline ;)

Polecam oglądać w wysokiej rozdzielczości!






czwartek, 11 sierpnia 2011

Rosenheim

Dzień po zawodach Munich World Cup 2011, czyli 4-tego lipca, razem z ekipą somewhereelseland oraz kilkoma innymi świetnymi highlinerami wybraliśmy się z Monachium w okolice Rosenheim na świeżo obite haje. Po dotarciu do podnóży gór przepakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy z ciężkimi plecakami na wyprawę w zupełnie innym kierunku niż powinniśmy. Pierwszą godzinę szliśmy po dnie stromego kamienistego żlebu. Następnie zmieniliśmy kierunek wychodząc ze żlebu po stromym, prawie pionowym, trawiastym zboczu. Po kolejnej godzinie wędrówki znaleźliśmy się pod pierwszymi skalnymi turniami, i właśnie wtedy Johannes, czyli jedyna osoba która znała drogę, zorientował się że idziemy w złą stronę. Ruszyliśmy więc wzdłuż skał i po około trzech godzinach trafiliśmy na miejsce. Rozbiliśmy biwak na niewielkim wypłaszczeniu na stoku doliny z widokiem na dwie turnie pomiędzy którymi miał zawisnąć highline. Jako że mieliśmy tylko jeden namiot, użyliśmy go jako schronienia dla sprzętu i plecaków z rzeczami, my zaś spaliśmy pod gołym niebem. Tego wieczoru Kwjet z Jordanem zaczęli zakładać stanowiska na jednej z turni, reszta prac przewidziana była na następny dzień. Ciekawym gestem ze strony Clemensa było to, iż zabrał on ze sobą skonstruowany przez siebie głośnik grający około doby bez przerwy. Dzięki temu każdego wieczoru mieliśmy idealną atmosferę przy świetnej muzyce i przepięknym widoku rozpościerającym się przed nami na tle highline. 
Kolejny dzień to kończenie motania długiego highline oraz zakładanie krótszego który był tuż obok, na sąsiednich skałach. Długi highline, nazwany „Jahas Love” ma 42m długości, około 50m wysokości w najwyższym punkcie, a setup którego użyliśmy to White Magic plus Aeon jako backup, czyli jeden z najlżejszych setupów jakie można sobie wyobrazić. Krótki, o imieniu „Nouvelle Chance” ma 28m długości, około 60 metrów wysokości i zamotany był z taśmy Type18 oraz liny dynamicznej jako backup. Od południa zaczęły się moje pierwsze próby na długim haju. Mój poprzedni rekord to 23 metry, tak więc było to dla mnie nie lada wyzwanie, lecz mimo to czułem że może się udać. Dopiero pod wieczór, gdy zaczęło się już ściemniać udało mi się pokonać tą taśmę. Był to dla mnie pewnego rodzaju przełomowy highline, pierwszy poważnej długości, który otworzył nowe możliwości i podniósł zarazem poprzeczkę. Przejścia zaliczył również Johannes, Flo, Jordan, Faith oraz Kwjet. 
Kolejnego dnia nadszedł czas na krótszego haja który był znacznie bardziej eksponowany od długiego. Już samo wejście na stanowisko, mimo założonej poręczówki, było dość straszne. Skała była mocno zwietrzała i krucha, osuwała się pod stopami. Za trzecią próbą udało mi się go pokonać, lecz nie starczyło mi już siły (zarówno tej fizycznej, jak i psychicznej) aby przejść go w stylu full man, czyli w obie strony.
Czwartego dnia od rana większość ekipy opuściła już nasze highlinowe miejsce, i zostaliśmy tylko w trójkę – Faith, Kwjet oraz ja. Dzień ten był idealny. Od samego rana zaczęliśmy na spokojnie, delektując się chwilą, chodzić Jahas Love. Udało mi się skompletować full mana, czyli przejść go w drugą stronę. Faith nagrała trochę ujęć z kamery GoPro, a Kwjet zaliczył przejście w swami. Wieczór był najlepszym wieczorem jak dotąd, urządziliśmy ognisko, dojedliśmy resztki jedzenia, siedzieliśmy i rozmawialiśmy przez pół nocy. Następnego dnia rano spakowaliśmy się, zwinęliśmy biwak i opuściliśmy miejsce. Droga do samochodu była całkiem spokojna, raz tylko miała miejsce nieciekawa sytuacja jak osunęła mi się noga na niestabilnej zwietrzelinie na krawędzi kilkumetrowego urwiska, jednak zdołałem wczepić się rękoma w trawiaste zbocze i nie zsunąć niżej. Po niecałych dwóch godzinach trafiliśmy do samochodu i wyjechaliśmy do Monachium. Tam odstawiłem Faith oraz Kwjeta, a sam udałem się w podróż powrotną do domu.
Wyjazd ten był najlepszą okazją żeby w pełni posmakować tak zwanego slacklife, poznać lepiej te osoby, z którymi wcześniej nie miałem okazji spędzić większej ilości czasu oraz pochodzić dłuższe, dobrze eksponowane highline. Na same wspomnienie tych dni pojawia mi się błogi uśmiech na twarzy, chciałem podziękować całej ekipie, a w szczególności somewhereelseland, za te wspaniałe chwile które mieliśmy okazję razem spędzić. Slack on!

Droga z Monachium do Rosenheim.

Od razu po przyjeździe. Samochody są jeszcze załadowane sprzętem i jak widać siedzą dość nisko.

Po pięciogodzinnym podejściu w złym kierunku pod prawie pionowe, śliskie, trawiaste zbocza nareszcie dotarliśmy na miejsce.

Widok z biwaku na turnie pomiędzy którymi niedługo zawiśnie highline.

Kwjet z Jordanem zaczynają zakładać stanowisko na jednej z turni.

Widok ze stanowiska krótszego highline w stronę biwaku (biwak jest za skałą). Podejście po grzbiecie skały potrafiło przestraszyć. Długi highline był z prawej strony.

Panorama była przepiękna. Na zdjęciu stanowisko krótszego highline. Dłuższa taśma była niżej, z lewej strony.

60 metrowa przepaść pod krótkim hajem. Był znacznie bardziej eksponowany niż dłuższy, szczególnie ze względu na stanowiska, które znajdowały się na samych czubkach turni.

Faith kompletuje OSFM w swami na krótszej taśmie.

Trzeba podnieść zad i przejść to ustrojstwo!

Widok przez okulary Faith

Środek był całkiem znośny.

Natomiast zaraz za środkiem zaczęło się robić ciekawie...

Ostatnie kroki.

Nasz prawie płaski biwak w całej okazałości.

Jahas Love zasłużył sobie na taką nazwę... Faith idzie w swami belt.

Początek drogi powrotnej na Jahas Love.
Zdjęcia: Faith Dickey

środa, 5 stycznia 2011

Warszawa - Gazownia

Niedługo po highline'owym spotkaniu w Ostrovie Christian znów miał zawitać do Łodzi. Oczywiście wiązało się to z realizacją jakiegoś ciekawego projektu highline. Po przemyśleniu kilku opcji highline'owych w Łodzi wpadłem na pomysł aby zastanowić się nad zapomnianymi już projektami które podesłał mi Pigmej w wakacje 2010. Dostałem wtedy od niego link do strony internetowej z opisami opuszczonych miejsc w Polsce, gdzie trafiliśmy na kilka nieźle wyglądających budynków. Jeden wyjątkowo rzucił mi się w oczy, bryła oraz konstrukcja tego monumentalnego budynku błagała wręcz o to, żeby rozpiąć tam taśmę. Była to opuszczona gazownia na warszawskiej Woli. Kompleks składał się z dwóch budynków o okrągłej podstawie średnicy 50 metrów i wysokości około 25 metrów. Planowaliśmy rozwiesić jedną taśmę między dwoma budynkami (odległość około 20 metrów) oraz jedną przez sam środek jednego z budynków.

W sobotę 27 listopada około godziny 12 docieramy wraz z Dominikiem i Rafałem na miejsce. Parkujemy przy samej gazowni i od razu dostrzegamy czekającego na nas Christiana, który z zawsze towarzyszącym mu serdecznym uśmiechem na twarzy wita nas z entuzjazmem. Udając, że nie wiemy o tym, iż budynek to własność prywatna, strzeżona przez niezbyt spostrzegawczego pana w stróżówce, wchodzimy przez niedbale zabezpieczoną drutami kolczastymi dziurę w ogrodzeniu. Krótki i w miarę bezgłośny obchód kompleksu przyniósł nam kilka ważnych informacji. Po pierwsze, poziom podłogi budynku jest jakieś 7-8 metrów poniżej poziomu gruntu przy wejściu. Po drugie, w mniejszym budynku rozwieszenie highline'a będzie znacznie prostsze. W tym drugim na dole stoi woda, w oknach są resztki szyb, których nie wypada wybijać, wilgoć dała się we znaki drewnianej podłodze na tarasach a kawałki zgniłych desek odłamują się raz na jakiś czas od dachu wpadając z chlupotem do wody poniżej. W mniejszym budynku było zupełnie sucho a na najwyższym tarasie powyżej ostatniego poziomu okien, tuż pod wyraźnie odnowionym dachem, znajdowały się stalowe wzmocnienia które były idealnym stanowiskiem pod highline. Po trzecie, nie zanotowaliśmy jakiegokolwiek ruchu w okolicach stróżówki, co było dobrą nowiną bo nasz plan mógł lec w gruzach gdyby ktoś nas przyłapał.



Wygląd budynków z zewnątrz budził szacunek, a wewnątrz odejmował mowę i zapierał dech w piersiach. Gdy stawało się w drzwiach wejściowych i naszym oczom ukazywała się w pierwszej chwili 8 metrowa dziura w ziemi a następnie olbrzymia, przytłaczająca pusta przestrzeń ograniczona ceglanymi ścianami okalanymi przez wątłe tarasy, odruchowo chciało się zrobić krok w tył, tak na wszelki wypadek. Wchodząc na górę po schodach szerokości jakichś 40cm efekt przytłoczenia coraz bardziej się pogłębiał. Na samą myśl o highlinie w tym miejscu przechodził po plecach straszny a zarazem przyjemny dreszczyk. Podłoga była w większej części solidna, lecz gdzieniegdzie brakowało desek lub były wyraźnie nadłamane. Poręcze były raczej godne zaufania choć również zdarzały się miejsca gdzie były wyraźnie obluzowane. Ostatni taras pod dachem był w najgorszym stanie, tam było już dość sporo luk w podłodze oraz obluzowanych desek. Przemieszczanie się nie było takie złe ale jednak trzeba było uważnie patrzeć pod nogi.



Warto wspomnieć o niesamowitej akustyce budynku – każdy dźwięk był kilka razy głośniejszy niż powinien być i niósł za sobą długie, doniosłe, psychodeliczne echo. Wszystko to potęgowało specyficzną i wyjątkową aurę tego miejsca

W ciągu dnia dołączyła do nas znajoma Christiana – Claudia, u której nocowaliśmy. Przemiła i gościnna pół Dunka pół Polka z ciekawym poczuciem humoru oraz spontanicznym podejściem do wszystkiego na około. Trudno ją opisać, jest zupełnie nieszablonowa. Dawno nie spotkałem osoby którą otaczała by tak zagadkowa aura.

Rozwieszanie highline było stosunkowo proste, jednak nie obyło się bez głupich pomyłek które wydłużyły cały proces (przykładowo przed naciąganiem backupu oraz taśmy zorientowaliśmy się że zapomnieliśmy o ringach). Podczas samego naciągania highline'a układające się na metalowych wzmocnieniach slingi głośno trzaskały wprawiając w wibracje całą konstrukcję, lecz były to tylko niegroźne drgania metalowych belek. Cała konstrukcja była bezsprzecznie bardzo stabilna. 50-metrowy highline z taśmy white magic oraz z backupem w postaci liny dynamicznej zawisł około godziny 17-tej, kiedy to zaczęło się ściemniać.
Christian jako jedyny spróbował swoich sił jeszcze tego samego dnia. Kilkanaście prób zaowocowało jedynie kilkoma krokami, taśma była dość luźna a samo miejsce po zmroku mocno oddziaływało na psychikę.




Gdy opuszczaliśmy kompleks, pozwoliliśmy sobie stanąć na krótką chwilę w drzwiach wejściowych do drugiego budynku. To co zobaczyliśmy całkowicie nas onieśmieliło. Budowla nabrała aury starej, opuszczonej Katedry. Snop światła wpadający przez okna oraz nieregularne dziury w dachu odbijał się od tafli czarnej jak smoła wody na dole, dając efekt niesamowitej głębi. Wydawało się że bryła budynku jest równie głęboka co wysoka.


Wieczorem zawieźliśmy rzeczy do domu Claudii. W domu panowała ciekawa, mistyczna atmosfera. Na ścianach wisiały w segregatorowych koszulkach wydrukowane rozmaite cytaty, zazwyczaj o głębokim, życiowym znaczeniu. Mama Claudii miło się przedstawiła i zamieniła z nami kilka słów. Widać było że podziwiała i szanowała to co robimy. Po sytej obiadokolacji wyszliśmy razem z garstką jej znajomych do pubu. Był to niezapomniany czas spędzony w gronie ludzi, gdzie każdy był istnym indywidualistą w jak najlepszym tego słowa znaczeniu (z Claudią na czele). Ku naszemu zdziwieniu zaczął mocno padać śnieg! Około północy była już kilkunasto centymetrowa warstwa białego puchu. Moim postanowieniem na kolejny dzień było wejść na taśmę i... po prostu wstać. Chodziło o samo przełamanie się. Brakowało mi jeszcze doświadczenia żeby przejść ten highline, lecz mimo wszystko śmiało mogłem zmierzyć się z własną psychiką.

Następnego dnia około godziny ósmej byliśmy z powrotem na miejscu. Po czasochłonnym dociąganiu zarówno backupu jak i taśmy, około godziny jedenastej, nadszedł czas na przejścia. Christian rozluźnił się dopiero po kilkunastu podejściach i niewiele zabrakło żeby przeszedł całą taśmę. Krzycząc wściekle spadł jakieś 10 metrów od jej końca. Głos rozniósł się głośnym echem po budynku oraz na zewnątrz.



Czas uciekał, ja z Rafałem musieliśmy wyjechać o godzinie 13tej. Po krótkim naradzeniu się Christian zdecydował że zostaje i sam zdejmie wszystko wieczorem. Razem z Rafałem zaczęliśmy pakować wszystko to co mogliśmy ze sobą zabrać.

Przyszedł czas na mnie. Wcześniej starałem się nie myśleć za dużo o tym highlinie. Uśmiechnąłem się wewnętrznie i przywiązałem się do lonży. Byłem zaskoczony tym jak skutecznie udało mi się uniknąć niepotrzebnych myśli. Zupełnie się odciąłem. Zanim zdążyłem cokolwiek zanotować siedziałem już z jedną nogą na taśmie wykonując chongo. W słuchawkach rozbrzmiał głośno kawałek „Hard Sun” Eddiego Veddera dając mi porządnego kopa pozytywnej energii. Wstałem - po chwili przyszedł czas na krok lecz mocno rzuciło, straciłem równowagę i spadłem łapiąc taśmę z głośnym okrzykiem radości. Spróbowałem jeszcze kilka razy ale niestety czas naglił i po zejściu z taśmy, zamienieniu kilku słów z kompanami i pożegnaniu się nadszedł czas na powrót. Zobaczyliśmy jeszcze tylko próby Claudii która pławiła się w paraliżującym strachu samego siedzenia na highlinie, po czym opuściliśmy budynek i udaliśmy się do samochodu. W drodze powrotnej dopadła mnie refleksja, że w gruncie rzeczy byłem w stanie przejść spory kawałek tego highlina. Jednak z drugiej strony miejsce to budziło tyle emocji, że samo wstanie było dla mnie sukcesem.



Sprzęt znowu sprawdził się na medal. Tym razem odzież narażona była na wystające pordzewiałe metalowe krawędzie, gwoździe i inne elementy o które ciągle zahaczaliśmy. Myślałem że po powrocie odnajdę w kurtce niejedną dziurę i liczne rozdarcia, jednak ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie było. Co najwyżej ledwo dostrzegalny ślad na wierzchniej warstwie materiału świadczący że właśnie tutaj zawadziłem gwoździem. Serdeczny ukłon w stronę firmy Berghaus.

Te dwa dni utkwiły mi głęboko w pamięci. Świetne uczucie zrealizować projekt który sami odnaleźliśmy i zaplanowaliśmy razem z Rafałem i Chrisem.


Więcej zdjęć obiektu na stronie: http://www.opuszczone.net/gazownia-warszawa/

poniedziałek, 29 listopada 2010

Ostrov

Idea narodziła się na highline'owym spotkaniu w Bolechowicach. Razem z Christianem stwierdziliśmy, że trzeba jak najszybciej zorganizować jakiś weekendowy wyjazd. Chris w pierwszej kolejności zaproponował Ostrov ze względu na urok i wszechstronność tego miejsca. W czeskich piaskowcach nieopodal potencjalnych miejsc rozmieszczenia highline'ów miały znajdować się jaskinie, w których docelowo mieliśmy nocować. Idealnie.
Alternatywą miały być polskie Sokoliki, ale niewątpliwie Ostrov prosperował znacznie lepiej pod każdym względem.

Dzień przed wyjazdem odebrałem od kuriera zaadresowaną do mnie paczkę z pakietem sprzętu firmy Berghaus, który miałem przetestować. Byłem bardzo mile zaskoczony jakością pełnego kompletu ubrań oraz akcesoriów outdoorowych. Już na pierwszy rzut oka było widać że sprzęt jest bardzo dobrej jakości. Ochoczo zacierałem ręce na sprawdzenie go w terenie oraz na samych highline'ach :)

12 listopada 2010 około godziny 12 skończyliśmy pakować bagaże do samochodu. Razem z całą ekipą, czyli Magdą, Rafałem "Pigmejem" oraz Dominikiem załadowaliśmy się do fury i ruszyliśmy w 9-godzinną podróż.


Podróż minęła gładko, bez przeszkód, w bardzo przyjemnej atmosferze. Mówiąc precyzyjnie pierwsze cztery godziny ciągłego śmiechu (w tym dzikiego zawodzenia Magdy) wyczerpały nasze pokłady energii i dalej było już wyjątkowo cicho i spokojnie. Na miejsce dotarliśmy około godziny 21. Tam czekali na nas Christian wraz z Johannesem, Dennisem, Honzísem i Voŕíśkiem. Niedługo potem dotarli Lukas, Alexander oraz Anatolij, ekipa była w komplecie. Razem rozsiedliśmy się w pubie Pod Císařem, gdzie delektując się po męczącej podróży czeskim piwem i grzanym winem zaplanowaliśmy kolejny dzień.
Z założenia mieliśmy spać w jaskiniach położonych nieopodal, ale okazało się że przy drodze stał opuszczony ośrodek który postanowiliśmy wykorzystać. Chłopaki wcześniej już ogarnęli podłogi, także można było z powodzeniem zagospodarować dwa pokoje na górze. Warunki prawie hotelowe :). Nie licząc ujemnej temperatury w nocy i trzaskających drzwi na wietrze, trzeba przyznać że było przytulnie i klimatycznie. Braki sprzętowe zmusiły mnie do spania w trzech letnich śpiworach, co dało całkiem niezły efekt bo było naprawdę ciepło.



Spaliśmy dłużej niż planowaliśmy, podróż dała się nam we znaki. Po porannym ciepłym posiłku udaliśmy się na punkt docelowy rozwieszania highline'ów. W zasadzie były to dwa oddzielne miejsca. Pierwsze z nich znajdowało się nieopodal samego Ostrova, jakieś piętnaście minut spacerem w górę zbocza doliny chłopaki z Niemiec zamotali highliny długości 45 metrów oraz 56 metrowego I land cruising. Tam gdzie my stacjonowaliśmy, czyli około czterech kilometrów dalej wisiał 10 metrowy Windchill i miał zawisnąć 18 metrowy Dogga (nazwa nieoficjalna, wzięta od nazwy turni). Ze stromego zbocza doliny rozpościerał się przepiękny widok na miasteczka usytuowane niżej. Dokładniej mówiąc, był to klif zbudowany z piaskowców wysokości około 20-30 metrów oraz pojedyncza turnia wysunięta nieco dalej która wyraźnie przeciwstawiała się procesom erozyjnym.
Początkowo wisiał jedynie krótszy Windchill, którego nazwa wzięła się od bezustannie wiejącego wiatru od strony doliny w górę zbocza (nazwał go tak Christian zainspirowany zdjęciem zrelaksowanego Honzísa leżącego na highline z lonżą, która zamiast swobodnie zwisać, była poziomo odchylona przez wiatr). Dogga zawisł dopiero około godziny 16, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi.



 Gdy dotarliśmy na miejsce niezwłocznie założyłem uprząż i czekałem na swoją kolej do wejścia na krótszy highline. Wstałem bez większych problemów i przeszedłem Windchilla OS FM. Postanowiłem polatać troszkę na lonży celem przyzwyczajenia się do tego na tyle, żeby odsunąć jak najdalej na bok strach przed spadnięciem z taśmy. Wiało niemiłosiernie, pojedyncze podmuchy wiatru popychały tak że trzeba było porządnie się zaprzeć aby utrzymać równowagę. Jak rzuciłem z całej siły skórkę od banana przed siebie to niespodziewanie prawie dostałem nią centralnie w twarz, wróciła pchana wiatrem (było przy tym sporo śmiechu). Taki podmuch podczas chodzenia highline dawał niezły zastrzyk adrenaliny! Świetne uczucie, chyba pierwszy raz spodobał mi się silny wiatr towarzyszący uprawianiu slackline.
Trzeba przyznać że było dość mroźno, w dodatku wiatr potęgował niską odczuwalną temperaturę. Ubrania Berghaus sprawdziły się w tych warunkach na medal, dobrze izolowały a wysoka wiatroszczelność okazała się błogosławieństwem, w zasadzie tylko dzięki temu mogłem cieszyć się tym przyjemnym obliczem wiatru na highline.


Po mnie swoich sił spróbowała Madzia. Niestety wiatr nie był jej sojusznikiem i skutecznie zniechęcał ją podczas każdej próby wstania z taśmy. Poddała się po dość długich i psychicznie wyczerpujących próbach przełamania się... do końca dnia Magda była wyraźnie zawiedziona i przygaszona. Doskonale znałem to uczucie po Bolechowicach, nie życzę tego nikomu.



Przez prawie cały dzień, na turni trwało motanie dłuższej taśmy. Dużo czasu zajęły same próby dostania się tam, gdyż trzeba było wspinać się bez asekuracji dość spory odcinek (pierwsza wpinka była na wysokości około 20m). Rafał po kilku próbach podołał zadaniu, udało mu się dojść do wpinki, dalej zostało już plus minus 7m skały.


Chłopaki uporali się ze wszystkim do godziny 16-tej. Chris pierwszy przywiązał się do lonży i po kilku próbach przeszedł kilka razy. Pod koniec chodzenia Chrisa zaczęło się bardzo szybko ściemniać. W momencie jak sam wszedłem na taśmę było już dość ciemno i zerwał się jeszcze większy wiatr. Od razu przypomniały mi się Bolechowice, choć teraz warunki były jeszcze gorsze. Postanowiłem odegrać się za tamtą porażkę i wstałem prawie od razu, odrzucając niepewność i strach na bok, nie pozwalając podświadomości trzymać mnie w bezruchu. Wstałem i ... przeszedłem Dogga on sight full man przy bardzo trudnych warunkach. Byłem przeszczęśliwy! Udało mi się pokonać tą barierę, teraz mogłem w pełni cieszyć się czystą, euforyczną przyjemnością płynącą z highline!
To przejście nauczyło mnie, że im szybciej wstaniesz, tym bardziej pewny siebie będziesz później. Wycisz swój drugi umysł, nie pozwól podświadomości tobą manipulować, pokonaj samego siebie. Wewnętrzna blokada znika w momencie przełamania się. Nic nie smakuje lepiej, jak uczucie zwycięstwa nad własnymi słabościami.



Do końca dnia zachowywałem się tak, jakby ktoś mi wstrzyknął dożylnie skrajną dawkę endorfin. Wieczorem usiedliśmy z ekipą nad stawem znajdującym się pod pubem i spijając zwycięskie piwa wspominaliśmy miniony dzień.

Kolejnego dnia wcześnie rano dotarliśmy ponownie na to samo miejsce co poprzednio. Planowaliśmy zajrzeć na drugą miejscówkę, ale zasiedzieliśmy się tutaj a później czas nam już nie pozwolił (Christian był tam od rana i udało mu się przejść 45m!). Na miejscu czekali na nas chłopaki z Niemiec. Lukas kręcił materiał do filmiku a Anatolij skoczył z dłuższego highline na lonży długości 7,5m! Tego dnia było już sielankowo, wiatr był lżejszy, wyszło słońce, lecz nadal było chłodno. Katowałem oba highliny, próbowałem kleić swoje pierwsze highlinowe tricki i w pełni delektowałem się wiszącą w powietrzu, pozytywną atmosferą. Magda po kolejnych długich chwilach przełamywania się w końcu wstała! Zrobiła kilka kroków które naszprycowały ją do reszty pozytywną energią. Była przeszczęśliwa i wszyscy włączając ją samą byli z niej bardzo dumni! Tak jak pisałem wcześniej, nic nie smakuje lepiej, jak uczucie zwycięstwa nad własnymi słabościami.



Johannes zaliczył tego dnia ładne przejście Doggi, gratulacje! Rafał jak tylko nauczy się chonga będzie cisnął highliny na potęgę! Miał dokładnie ten sam syndrom co Magda pierwszego dnia oraz ja w Bolechowicach. Prędzej czy później przychodzi ten czas, w którym paniczny strach towarzyszący highline przeradza się w najprzyjemniejsze uczucie jakiego doznaliśmy w życiu.



Uczucie to jest nie do opisania. W pełni możemy panować nad strachem, jest on ale obok nas, im jest straszniej tym uczucie które nas przepełnia jest silniejsze. Zamienia się to z paraliżującej paniki w motywujące wyzwanie. Jeśli dodać do tego muzykę, piękną okolicę taką jak Ostrov, nastrój tam panujący i ludzi którzy go tworzą, miejsce to zamienia się na te krótkie chwile w swoisty raj a emocje które nas przepełniają tworzą czyste, pierwotne szczęście. Tak właśnie było przez cały drugi dzień.



O godzinie 15-tej zaczęliśmy wszystko zwijać. Wieczorem byliśmy już w naszym "hotelu", zjedliśmy coś ciepłego i około 20-tej ruszyliśmy w podróż powrotną. Droga była spokojna, Dominik wraz z Magdą spali prawie cały czas z tyłu samochodu a Rafał dzielnie trwał w roli pilota. Praktycznie zerowy ruch pozwolił nam dotrzeć do domu w niecałe siedem godzin.

Ostrov był totalną rewolucją. Poznałem tam highline z tej najważniejszej, esencjonalnej strony. Nie mogłem doczekać się kolejnego wyjazdu! Już następnego dnia po przyjeździe czułem, że totalnie się od tego uzależniłem. Ewidentnie, bez żadnych wątpliwości to jest to co kocham.

Chciałem serdecznie podziękować całej ekipie za towarzystwo, świetnie spędzony czas i przede wszystkim motywację! Dziękuję również firmie Berghaus za udostępnienie mi świetnego sprzętu który sprawdził się wprost idealnie! Mała waga, wiatroszczelność oraz wysoka kompresyjność kurtek idealnie sprawuje się na wyjazdach highline. Ciężkie ubrania ciążą na rękach oraz barkach podczas chodzenia na slackline co powoduje o wiele szybsze męczenie się trzymających równowagę rąk. Moja kurtka jest jednak tak lekka że praktycznie jej na sobie nie czułem.

Osobne podziękowania za wspaniałą prezentację i piękne zdjęcia należą się Dominikowi!



Highline jest zbyt piękny, by się na niego blokować.




Ostrov Highline from Dominik Kapusta on Vimeo.