Dzień po zawodach Munich World Cup 2011, czyli 4-tego lipca, razem z ekipą
somewhereelseland oraz kilkoma innymi świetnymi highlinerami wybraliśmy się z Monachium w okolice Rosenheim na świeżo obite haje. Po dotarciu do podnóży gór przepakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy z ciężkimi plecakami na wyprawę w zupełnie innym kierunku niż powinniśmy. Pierwszą godzinę szliśmy po dnie stromego kamienistego żlebu. Następnie zmieniliśmy kierunek wychodząc ze żlebu po stromym, prawie pionowym, trawiastym zboczu. Po kolejnej godzinie wędrówki znaleźliśmy się pod pierwszymi skalnymi turniami, i właśnie wtedy Johannes, czyli jedyna osoba która znała drogę, zorientował się że idziemy w złą stronę. Ruszyliśmy więc wzdłuż skał i po około trzech godzinach trafiliśmy na miejsce. Rozbiliśmy biwak na niewielkim wypłaszczeniu na stoku doliny z widokiem na dwie turnie pomiędzy którymi miał zawisnąć highline. Jako że mieliśmy tylko jeden namiot, użyliśmy go jako schronienia dla sprzętu i plecaków z rzeczami, my zaś spaliśmy pod gołym niebem. Tego wieczoru Kwjet z Jordanem zaczęli zakładać stanowiska na jednej z turni, reszta prac przewidziana była na następny dzień. Ciekawym gestem ze strony Clemensa było to, iż zabrał on ze sobą skonstruowany przez siebie głośnik grający około doby bez przerwy. Dzięki temu każdego wieczoru mieliśmy idealną atmosferę przy świetnej muzyce i przepięknym widoku rozpościerającym się przed nami na tle highline.
Kolejny dzień to kończenie motania długiego highline oraz zakładanie krótszego który był tuż obok, na sąsiednich skałach. Długi highline, nazwany „Jahas Love” ma 42m długości, około 50m wysokości w najwyższym punkcie, a setup którego użyliśmy to White Magic plus Aeon jako backup, czyli jeden z najlżejszych setupów jakie można sobie wyobrazić. Krótki, o imieniu „Nouvelle Chance” ma 28m długości, około 60 metrów wysokości i zamotany był z taśmy Type18 oraz liny dynamicznej jako backup. Od południa zaczęły się moje pierwsze próby na długim haju. Mój poprzedni rekord to 23 metry, tak więc było to dla mnie nie lada wyzwanie, lecz mimo to czułem że może się udać. Dopiero pod wieczór, gdy zaczęło się już ściemniać udało mi się pokonać tą taśmę. Był to dla mnie pewnego rodzaju przełomowy highline, pierwszy poważnej długości, który otworzył nowe możliwości i podniósł zarazem poprzeczkę. Przejścia zaliczył również Johannes, Flo, Jordan, Faith oraz Kwjet.
Kolejnego dnia nadszedł czas na krótszego haja który był znacznie bardziej eksponowany od długiego. Już samo wejście na stanowisko, mimo założonej poręczówki, było dość straszne. Skała była mocno zwietrzała i krucha, osuwała się pod stopami. Za trzecią próbą udało mi się go pokonać, lecz nie starczyło mi już siły (zarówno tej fizycznej, jak i psychicznej) aby przejść go w stylu full man, czyli w obie strony.
Czwartego dnia od rana większość ekipy opuściła już nasze highlinowe miejsce, i zostaliśmy tylko w trójkę – Faith, Kwjet oraz ja. Dzień ten był idealny. Od samego rana zaczęliśmy na spokojnie, delektując się chwilą, chodzić Jahas Love. Udało mi się skompletować full mana, czyli przejść go w drugą stronę. Faith nagrała trochę ujęć z kamery GoPro, a Kwjet zaliczył przejście w swami. Wieczór był najlepszym wieczorem jak dotąd, urządziliśmy ognisko, dojedliśmy resztki jedzenia, siedzieliśmy i rozmawialiśmy przez pół nocy. Następnego dnia rano spakowaliśmy się, zwinęliśmy biwak i opuściliśmy miejsce. Droga do samochodu była całkiem spokojna, raz tylko miała miejsce nieciekawa sytuacja jak osunęła mi się noga na niestabilnej zwietrzelinie na krawędzi kilkumetrowego urwiska, jednak zdołałem wczepić się rękoma w trawiaste zbocze i nie zsunąć niżej. Po niecałych dwóch godzinach trafiliśmy do samochodu i wyjechaliśmy do Monachium. Tam odstawiłem Faith oraz Kwjeta, a sam udałem się w podróż powrotną do domu.
Wyjazd ten był najlepszą okazją żeby w pełni posmakować tak zwanego slacklife, poznać lepiej te osoby, z którymi wcześniej nie miałem okazji spędzić większej ilości czasu oraz pochodzić dłuższe, dobrze eksponowane highline. Na same wspomnienie tych dni pojawia mi się błogi uśmiech na twarzy, chciałem podziękować całej ekipie, a w szczególności
somewhereelseland, za te wspaniałe chwile które mieliśmy okazję razem spędzić. Slack on!
 |
| Droga z Monachium do Rosenheim. |
 |
| Od razu po przyjeździe. Samochody są jeszcze załadowane sprzętem i jak widać siedzą dość nisko. |
 |
| Po pięciogodzinnym podejściu w złym kierunku pod prawie pionowe, śliskie, trawiaste zbocza nareszcie dotarliśmy na miejsce. |
 |
| Widok z biwaku na turnie pomiędzy którymi niedługo zawiśnie highline. |
 |
| Kwjet z Jordanem zaczynają zakładać stanowisko na jednej z turni. |
 |
| Widok ze stanowiska krótszego highline w stronę biwaku (biwak jest za skałą). Podejście po grzbiecie skały potrafiło przestraszyć. Długi highline był z prawej strony. |
 |
| Panorama była przepiękna. Na zdjęciu stanowisko krótszego highline. Dłuższa taśma była niżej, z lewej strony. |
 |
| 60 metrowa przepaść pod krótkim hajem. Był znacznie bardziej eksponowany niż dłuższy, szczególnie ze względu na stanowiska, które znajdowały się na samych czubkach turni. |
 |
| Faith kompletuje OSFM w swami na krótszej taśmie. |
 |
| Trzeba podnieść zad i przejść to ustrojstwo! |
 |
| Widok przez okulary Faith |
 |
| Środek był całkiem znośny. |
 |
| Natomiast zaraz za środkiem zaczęło się robić ciekawie... |
 |
| Ostatnie kroki. |
 |
| Nasz prawie płaski biwak w całej okazałości. |
 |
| Jahas Love zasłużył sobie na taką nazwę... Faith idzie w swami belt. |
 |
| Początek drogi powrotnej na Jahas Love. |
Zdjęcia: Faith Dickey
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz