wtorek, 6 grudnia 2011

Moc Ziemniaka Powraca!

Tak więc ponownie zawitaliśmy na highline w Bolechowicach - Potato Power. Rigging poszedł całkiem sprawnie, dojście do obu stanowisk nie jest najgorsze, nie zapomnieliśmy założyć ringów, nie upuściliśmy żadnego karabinka, bloczka, ani plecaka a pogoda dopisała ponad wszelkie oczekiwania. Setup jakiego użyliśmy to nasza poliamidowa taśma Rubber Band plus lina dynamiczna jako backup. Po kilku próbach na bardzo luźnej taśmie zaliczyłem przejście HM. Taśma była naprawdę luźna, przy stanowisku miałem niezłe podejście "pod górkę". Po dociągnięciu Pigmej zaliczył imponującego OSa, jednak w drugą stronę były już małe problemy i FM puścił za drugim lub trzecim podejściem. Ciekawostką jest, że Rafałowi łatwiej się szło w tym kierunku, którego ja zupełnie nie ogarnąłem :)
Całość filmował Wojtek, podobno ma kilka dobrych ujęć, użyjemy ich prawdopodobnie w filmie promo, OCZEKUJCIE! 

L - 35m, H - 35m (w przybliżeniu).

po riggowaniu, przed tejpowaniem

Bor - pierwsze próby

Pigmej kompletuje full mana

jakiś turysta :))

tak, tam jest bardzo ładnie! :)

z dołu dłuższy się wydaje

double drop knee

wtorek, 29 listopada 2011

Rubber Band

Jakiś miesiąc temu razem z Pigmejem wybraliśmy się na moją działeczkę potestować nową taśmę na odrobinę dłuższych longach (130-140m). Sprawiła się świetnie. Jedynym mankamentem jej dużej rozciągliwości przy longach +100m jest konieczność używania line gripa lub posiadania wyjątkowo długiej liny na systemie. Tasiemka jest lekka (57g/m), wykonana z poliamidu, ma wytrzymałość 27kN (nowa wersja - 32kN), rozciągliwość 14% przy 10kN naciągu, oraz nosi dumną nazwę Rubber Band :)
Taśma jest niesamowicie bouncy, ma bardzo dużo energii, jest dość "wolna" i sprawia wrażenie miękkiej podczas chodzenia. W przeciwieństwie do sztywnych taśm poliestrowych nie jest tak bardzo nerwowa. Świetnie sprawuje się na krótkich highline, nie dość że bardzo przyjemnie się ją chodzi to jeszcze dzięki dużej elastyczności wyłapuje dużo energii podczas lotów i tym samym odciąża stanowiska. Oprócz tego poliamid jest materiałem odpornym na grzyby, pleśń, promienie UV i wszelkie inne syfy! Będzie ona dostępna w sprzedaży po otwarciu sklepu internetowego Slackhouse na wiosnę 2012, ewentualnie jeśli ktoś będzie chciał ją zakupić wcześniej, piszcie na maila, coś pokombinujemy :) Niżej wrzucam kilka zdjęć z testów, enjoy!








poniedziałek, 14 listopada 2011

Hejszowina + Sokoliki




Pod koniec października 2011 postanowiliśmy zrealizować długo odkładane plany, czyli wypad w rejony w których narodził się Polski highline, a mianowicie Sokoliki (Góry Sokole) oraz Hejszowina (Góry Stołowe). Wyruszyliśmy z Łodzi 4 listopada razem z Dominikiem i Rafałem. We Wrocławiu dołączyli do nas jeszcze Janek oraz Wojtek. Jako pierwszy zamotaliśmy highline Little Wind w Hejszowinie. Janek zaliczył przejście free solo, ja zdecydowałem się na swoje pierwsze przejście w swami-belt, a Rafałowi udało się przejść tą taśmę OSFM mimo dość trudnych warunków. Po zmierzchu Wojtek kręcił jeszcze ujęcia do filmu podczas naszych przejść w ciemności z latarkami – czołówkami przypiętymi do kostek, nadgarstków oraz głowy. Swoją drogą, było to niesamowite uczucie gdy idąc na highline miałem pod sobą ciemną otchłań, a światła z latarek tańczyły na skalnej ścianie którą miałem naprzeciwko siebie. 
Tego samego dnia wieczorem przenieśliśmy się do Sokolików, gdzie po przepakowaniu sprzętu, podejściu na szczyt góry i bliskim spotkaniu z dzikami  rozbiliśmy skromny biwak u stóp skał. Następnego dnia rozwiesiliśmy highline Little Boy (6m), na którym zaliczyłem swami OSFM, Rafał OSFM, a Janek po krótkiej rozgrzewce z ankle leash, przeszedł go free solo. Po szybkim przewieszeniu taśmy na Sixth Avenue (15m), ponownie pyknął swami OSFM, Rafałowi OSFM, a Janek został przy przejściu z ankle leash ze względu na bardzo silny wiatr (silne podmuchy niemal zrzucały z taśmy).
Następny cel: Potato Power na Bramie Bolechowickiej!

czwartek, 10 listopada 2011

Mistrzostwa Świata w Slackline na IMS

W dniach 21-22 października w miejscowości Bressanone (Brixen) we Włoszech odbyły się drugie mistrzostwa świata w trickline pod patronatem WSFED (World Slackline Federation) przy okazji International Mountain Summit. Miałem okazję sędziować te zawody razem z Jankiem Gałkiem i Frederikiem Zimmermannem, co było niewątpliwie bardzo ciekawym, rozwijającym, a ze względu na poziom tricków, niesamowicie trudnym doświadczeniem. Na zawodach pojawiły się rotacje 720 (bb720bb), a takie tricki jak freefall, bb540bb czy wszelkie flipy stają się powoli zjawiskiem powszechnym u większości zawodników. Jedynym trickiem którym pochwalić może się tylko Andy Lewis jest spiral, ale idę o zakład że na ISPO 2012 nie jedna osoba będzie miała go w swoim repertuarze. Mało brakowało do sklejenia przez Andiego komba moich marzeń, czyli freefall to chestbounce 540 buttbounce, jednak za każdym razem przy lądowaniu ostatniego tricku z komba Andy nie trafiał idealnie w taśmę i zsuwał się z niej. Momo po raz pierwszy na zawodach skleił trzy backflipy pod rząd, Mike uraczył nas frontflip to bouttbounce a Lukas Huber ustał bb720bb.
Najtrudniejszą rundą do sędziowania była runda Momo przeciwko Mikowi, czyli starcie dwóch zupełnie odmiennych stylów trickline. Po dość długim podliczaniu punktów i tricków, o mały włos wygrał Mike, chociaż ilość punktów była prawie równa. Tym samym Momo spotkał się w Luisem Meierem w rundzie o trzecie miejsce, którą wygrał.
Do finałów wszedł Mike Payton oraz Andy Lewis. Obaj amerykanie uraczyli nas trickami na bardzo wysokim poziomie, jednak Andy miał duże problemy z ustawaniem komb a nawet pojedynczych tricków, co zadecydowało o jego porażce.

Klasyfikacja końcowa Mistrzostw Świata w Slackline na IMS przedstawia się następująco:
  1. Mike Payton
  2. Andy Lewis
  3. Momo Wiese
  4. Luis Meier
Ranking World Cup 2011:
  1. Andy Lewis
  2. Momo Wiese
  3. Mike Payton

czwartek, 29 września 2011

Uliczka tradycji

W dniach 10-11 września w centrum Radomia odbył się festyn historyczny o nazwie "Uliczka tradycji", na którym nie zabrakło oczywiście pokazów highline przygotowanych przeze mnie i Rafała. Muszę przyznać, że powoli już przyzwyczajamy się do zapowiadania nas jako pokazy linoskoczków, stwierdzenie to nie wywołuje już u nas zniesmaczonego grymasu na twarzy, chyba powoli godzimy się z tym że dla przeciętnego widza nie ma żadnej różnicy pomiędzy highline a chodzeniem po linie. Co więcej, jest to pewnego rodzaju pozytyw, ponieważ możemy z powodzeniem pokryć zapotrzebowanie na pokazy chodzenia po linie, co jest dla nas jak najbardziej sprzyjające! 
Cała impreza była niesamowicie przyjemna i przede wszystkim świetnie przygotowana. Należą się wielkie podziękowania w imieniu ekipy Slackhouse dla organizatorów festynu, czyli Ośrodka Kultury i Sztuki "Resursa Obywatelska" za tak profesjonalne podejście do sprawy, dla przemiłej obsługi hotelowej oraz dla lokatorów kamienicy w których mieszkaniu motaliśmy jedno ze stanowisk. 

Poniżej zamieszczam krótką fotorelację z imprezy.

Nasz pokój hotelowy z wyjściem na highline - czego chcieć więcej?

Pierwszy pokaz - Rafał wychodzi na taśmę

Highline miał 34m długości i naciągnięty był pomiędzy dwoma budynkami - hotelem i kamienicą

Pierwszy dzień pokazów

double drop knee


Zwróćcie uwagę na cień

drugi dzień pokazów

Wieczorne pokazy miały wyjątkową atmosferę



Skoki na lonży wzbudzały silne emocje wśród publiczności

czwartek, 22 września 2011

Ostrov wita ponownie

Ostrov jest wyjątkowym miejscem. Tutaj właśnie przełamałem się w pełni do highline i poczułem jego prawdziwy smak. Jak tylko wjechaliśmy do miejscowości Tisá, oddalonej o pięć kilometrów od Ostrova, ogarnęła mnie dzika radość, a całe zmęczenie po podróży odeszło na dalszy plan. Na miejsce dotarliśmy około godziny pierwszej w nocy i udaliśmy się od razu do znajomego nam z poprzedniego roku, opuszczonego, lekko zagrzybiałego domu, gdzie spał już Christian z Dennisem.
Rano przywitało nas bezchmurne niebo i piękna, słoneczna pogoda. Po śniadaniu dołączyliśmy do Czechów w barze Pod Císařem i udaliśmy się na zachodnią część doliny, na dnie której mieści się Ostrov, w poszukiwaniu nowych highlinów. Po dwóch godzinach marszu wyszło na jaw, że Peeto nie do końca był pewny lokacji wcześniej odkrytego miejsca. Udało się jednak znaleźć jedno z nich - highline długości 15 metrów z całkiem niezłą ekspozycją na kotlinę. Taśma zawisła po niecałej godzinie motania i zaczęło się chodzenie. Mnie udało się go przejść w stylu OSFM.
Postanowiliśmy pochodzić tego highline trochę dłużej i odpuścić poszukiwań nowych miejsc. Za to wieczorem razem z Christianem, Dennisem i  Bastim wzięliśmy się za riggowanie 38 metrowego Slack Turn oraz 69 metrowego Hippie Punk, tak żeby następnego dnia dociągnąć tylko taśmy oraz backup i skupić się w pełni na highlinowaniu.

Kolejny dzień to była istna patelnia. Słońce waliło żarem na lewo i prawo, tak że na skałach przy wcześniej zamotanych hajach można było smażyć jajka. Mimo dość uciążliwej pogody, chodziło się na tyle przyjemnie, że 38 metrowy Slack Turn został zaliczony przeze mnie w stylu OSFM (z czego jestem bardzo, bardzo zadowolony!). Niestety byłem jedyną osobą która sprostała upałowi. Reszta chłopaków  wylegiwała się w cieniu popijając zimne, czeskie napoje, rzucając w siebie nawzajem szyszkami, a niekiedy nawet przysypiając na dłuższą chwilę. Jedynie Basti podjął kilka prób na Slack Turn.

Następny dzień to jeszcze większy skwar niż wcześniej. Podczas gdy chłopaki zdejmowali Slack Turna ja zacząłem przeprawę na Hipie Punk (69m). Po kilku mało udanych próbach postanowiłem potrenować dojście do końca taśmy z około 2/3 jej całkowitej długości. Następnie zrobiłem maraton przez całą długość taśmy wstając w miejscach w których spadałem i idąc dalej. Chodziło się całkiem nieźle, potrzebowałem tylko dużo więcej czasu na oswojenie się z najdłuższym jak do tej pory highlinem w moim życiu (poprzedni rekord do 42m). Chodzenie po tak długim highline to niesamowite przeżycie, które wiele osób porównuje do stanu medytacji. Można to opisać jako całkowite odcięcie się od otaczającej nas rzeczywistości i przeniesienie się w zupełnie inną sferę, w której czas jakby przestaje istnieć. Miałem już okazję odczuć coś podobnego na innych taśmach, lecz tym razem było to o wiele głębsze przeżycie, które sprawiło, że z całego serca pragnę chodzić jak najdłuższe haje. 
Gdy ponad godzinne próby wycisnęły ze mnie resztki energii, oddałem lonżę Chrisowi. Ten po kilkunastu upadkach i dość długich zmaganiach z trudnym początkiem taśmy przeszedł ją w obie strony, ustalając zarazem swój nowy rekord. Warto wspomnieć, że setup jakiego użyliśmy to czeska taśma Red Dragon oraz lina statyczna jako backup (na tak dużej długości statyki nadają się jako backup, ponieważ wszystkie „statyczne” liny używane we wspinaczce tak naprawdę są linami pół statycznymi, tak więc mają wystarczającą rozciągliwość żeby wyłapać lot na lonży bez niebezpiecznych szarpnięć).

Na tym nasz wypad się skończył, dalej tylko demontaż długiej taśmy, pakowanie, „mycie się” i powrót. W międzyczasie wiele śmiesznych akcji oraz kilka jeszcze śmieszniejszych niedomówień opóźniających odjazd o jakąś godzinę. Już nie mogę się doczekać kiedy ponownie wgramolę się na Hippie Punk, tym razem już z większym doświadczeniem, gotowy do przejścia tego pięknego haja.
Ah ten Ostrov... :) 

motanie 15 metrowego highline

Peeto zalicza przejście z ankle leash

double drop knee

Tuż przed skompletowaniem Full Mana na 38 metrowym Slack Turn


próby na Hippie Punk

prób ciąg dalszy

Chris przechodzi Hippie Punk

Nasza kwatera :)


Wywiad w TVP2

Pod TYM adresem można zobaczyć wywiad którego udzieliłem w programie "Pytanie na śniadanie" dla stacji telewizyjnej TVP2. Zapraszam do oglądania!

wtorek, 16 sierpnia 2011

'Machete' Highline by Slackhouse!!!


Oto filmowa relacja z naszego ostatniego zrealizowanego projektu highline, nazwanego "Machete" (na cześć czterogodzinnego karczowania terenu wokół obu stanowisk). Bez grubych tricków, bez wielkiego szału, ale za to z czystą pozytywną energią płynącą z highline ;)

Polecam oglądać w wysokiej rozdzielczości!






czwartek, 11 sierpnia 2011

Rosenheim

Dzień po zawodach Munich World Cup 2011, czyli 4-tego lipca, razem z ekipą somewhereelseland oraz kilkoma innymi świetnymi highlinerami wybraliśmy się z Monachium w okolice Rosenheim na świeżo obite haje. Po dotarciu do podnóży gór przepakowaliśmy sprzęt i ruszyliśmy z ciężkimi plecakami na wyprawę w zupełnie innym kierunku niż powinniśmy. Pierwszą godzinę szliśmy po dnie stromego kamienistego żlebu. Następnie zmieniliśmy kierunek wychodząc ze żlebu po stromym, prawie pionowym, trawiastym zboczu. Po kolejnej godzinie wędrówki znaleźliśmy się pod pierwszymi skalnymi turniami, i właśnie wtedy Johannes, czyli jedyna osoba która znała drogę, zorientował się że idziemy w złą stronę. Ruszyliśmy więc wzdłuż skał i po około trzech godzinach trafiliśmy na miejsce. Rozbiliśmy biwak na niewielkim wypłaszczeniu na stoku doliny z widokiem na dwie turnie pomiędzy którymi miał zawisnąć highline. Jako że mieliśmy tylko jeden namiot, użyliśmy go jako schronienia dla sprzętu i plecaków z rzeczami, my zaś spaliśmy pod gołym niebem. Tego wieczoru Kwjet z Jordanem zaczęli zakładać stanowiska na jednej z turni, reszta prac przewidziana była na następny dzień. Ciekawym gestem ze strony Clemensa było to, iż zabrał on ze sobą skonstruowany przez siebie głośnik grający około doby bez przerwy. Dzięki temu każdego wieczoru mieliśmy idealną atmosferę przy świetnej muzyce i przepięknym widoku rozpościerającym się przed nami na tle highline. 
Kolejny dzień to kończenie motania długiego highline oraz zakładanie krótszego który był tuż obok, na sąsiednich skałach. Długi highline, nazwany „Jahas Love” ma 42m długości, około 50m wysokości w najwyższym punkcie, a setup którego użyliśmy to White Magic plus Aeon jako backup, czyli jeden z najlżejszych setupów jakie można sobie wyobrazić. Krótki, o imieniu „Nouvelle Chance” ma 28m długości, około 60 metrów wysokości i zamotany był z taśmy Type18 oraz liny dynamicznej jako backup. Od południa zaczęły się moje pierwsze próby na długim haju. Mój poprzedni rekord to 23 metry, tak więc było to dla mnie nie lada wyzwanie, lecz mimo to czułem że może się udać. Dopiero pod wieczór, gdy zaczęło się już ściemniać udało mi się pokonać tą taśmę. Był to dla mnie pewnego rodzaju przełomowy highline, pierwszy poważnej długości, który otworzył nowe możliwości i podniósł zarazem poprzeczkę. Przejścia zaliczył również Johannes, Flo, Jordan, Faith oraz Kwjet. 
Kolejnego dnia nadszedł czas na krótszego haja który był znacznie bardziej eksponowany od długiego. Już samo wejście na stanowisko, mimo założonej poręczówki, było dość straszne. Skała była mocno zwietrzała i krucha, osuwała się pod stopami. Za trzecią próbą udało mi się go pokonać, lecz nie starczyło mi już siły (zarówno tej fizycznej, jak i psychicznej) aby przejść go w stylu full man, czyli w obie strony.
Czwartego dnia od rana większość ekipy opuściła już nasze highlinowe miejsce, i zostaliśmy tylko w trójkę – Faith, Kwjet oraz ja. Dzień ten był idealny. Od samego rana zaczęliśmy na spokojnie, delektując się chwilą, chodzić Jahas Love. Udało mi się skompletować full mana, czyli przejść go w drugą stronę. Faith nagrała trochę ujęć z kamery GoPro, a Kwjet zaliczył przejście w swami. Wieczór był najlepszym wieczorem jak dotąd, urządziliśmy ognisko, dojedliśmy resztki jedzenia, siedzieliśmy i rozmawialiśmy przez pół nocy. Następnego dnia rano spakowaliśmy się, zwinęliśmy biwak i opuściliśmy miejsce. Droga do samochodu była całkiem spokojna, raz tylko miała miejsce nieciekawa sytuacja jak osunęła mi się noga na niestabilnej zwietrzelinie na krawędzi kilkumetrowego urwiska, jednak zdołałem wczepić się rękoma w trawiaste zbocze i nie zsunąć niżej. Po niecałych dwóch godzinach trafiliśmy do samochodu i wyjechaliśmy do Monachium. Tam odstawiłem Faith oraz Kwjeta, a sam udałem się w podróż powrotną do domu.
Wyjazd ten był najlepszą okazją żeby w pełni posmakować tak zwanego slacklife, poznać lepiej te osoby, z którymi wcześniej nie miałem okazji spędzić większej ilości czasu oraz pochodzić dłuższe, dobrze eksponowane highline. Na same wspomnienie tych dni pojawia mi się błogi uśmiech na twarzy, chciałem podziękować całej ekipie, a w szczególności somewhereelseland, za te wspaniałe chwile które mieliśmy okazję razem spędzić. Slack on!

Droga z Monachium do Rosenheim.

Od razu po przyjeździe. Samochody są jeszcze załadowane sprzętem i jak widać siedzą dość nisko.

Po pięciogodzinnym podejściu w złym kierunku pod prawie pionowe, śliskie, trawiaste zbocza nareszcie dotarliśmy na miejsce.

Widok z biwaku na turnie pomiędzy którymi niedługo zawiśnie highline.

Kwjet z Jordanem zaczynają zakładać stanowisko na jednej z turni.

Widok ze stanowiska krótszego highline w stronę biwaku (biwak jest za skałą). Podejście po grzbiecie skały potrafiło przestraszyć. Długi highline był z prawej strony.

Panorama była przepiękna. Na zdjęciu stanowisko krótszego highline. Dłuższa taśma była niżej, z lewej strony.

60 metrowa przepaść pod krótkim hajem. Był znacznie bardziej eksponowany niż dłuższy, szczególnie ze względu na stanowiska, które znajdowały się na samych czubkach turni.

Faith kompletuje OSFM w swami na krótszej taśmie.

Trzeba podnieść zad i przejść to ustrojstwo!

Widok przez okulary Faith

Środek był całkiem znośny.

Natomiast zaraz za środkiem zaczęło się robić ciekawie...

Ostatnie kroki.

Nasz prawie płaski biwak w całej okazałości.

Jahas Love zasłużył sobie na taką nazwę... Faith idzie w swami belt.

Początek drogi powrotnej na Jahas Love.
Zdjęcia: Faith Dickey