środa, 5 stycznia 2011

Warszawa - Gazownia

Niedługo po highline'owym spotkaniu w Ostrovie Christian znów miał zawitać do Łodzi. Oczywiście wiązało się to z realizacją jakiegoś ciekawego projektu highline. Po przemyśleniu kilku opcji highline'owych w Łodzi wpadłem na pomysł aby zastanowić się nad zapomnianymi już projektami które podesłał mi Pigmej w wakacje 2010. Dostałem wtedy od niego link do strony internetowej z opisami opuszczonych miejsc w Polsce, gdzie trafiliśmy na kilka nieźle wyglądających budynków. Jeden wyjątkowo rzucił mi się w oczy, bryła oraz konstrukcja tego monumentalnego budynku błagała wręcz o to, żeby rozpiąć tam taśmę. Była to opuszczona gazownia na warszawskiej Woli. Kompleks składał się z dwóch budynków o okrągłej podstawie średnicy 50 metrów i wysokości około 25 metrów. Planowaliśmy rozwiesić jedną taśmę między dwoma budynkami (odległość około 20 metrów) oraz jedną przez sam środek jednego z budynków.

W sobotę 27 listopada około godziny 12 docieramy wraz z Dominikiem i Rafałem na miejsce. Parkujemy przy samej gazowni i od razu dostrzegamy czekającego na nas Christiana, który z zawsze towarzyszącym mu serdecznym uśmiechem na twarzy wita nas z entuzjazmem. Udając, że nie wiemy o tym, iż budynek to własność prywatna, strzeżona przez niezbyt spostrzegawczego pana w stróżówce, wchodzimy przez niedbale zabezpieczoną drutami kolczastymi dziurę w ogrodzeniu. Krótki i w miarę bezgłośny obchód kompleksu przyniósł nam kilka ważnych informacji. Po pierwsze, poziom podłogi budynku jest jakieś 7-8 metrów poniżej poziomu gruntu przy wejściu. Po drugie, w mniejszym budynku rozwieszenie highline'a będzie znacznie prostsze. W tym drugim na dole stoi woda, w oknach są resztki szyb, których nie wypada wybijać, wilgoć dała się we znaki drewnianej podłodze na tarasach a kawałki zgniłych desek odłamują się raz na jakiś czas od dachu wpadając z chlupotem do wody poniżej. W mniejszym budynku było zupełnie sucho a na najwyższym tarasie powyżej ostatniego poziomu okien, tuż pod wyraźnie odnowionym dachem, znajdowały się stalowe wzmocnienia które były idealnym stanowiskiem pod highline. Po trzecie, nie zanotowaliśmy jakiegokolwiek ruchu w okolicach stróżówki, co było dobrą nowiną bo nasz plan mógł lec w gruzach gdyby ktoś nas przyłapał.



Wygląd budynków z zewnątrz budził szacunek, a wewnątrz odejmował mowę i zapierał dech w piersiach. Gdy stawało się w drzwiach wejściowych i naszym oczom ukazywała się w pierwszej chwili 8 metrowa dziura w ziemi a następnie olbrzymia, przytłaczająca pusta przestrzeń ograniczona ceglanymi ścianami okalanymi przez wątłe tarasy, odruchowo chciało się zrobić krok w tył, tak na wszelki wypadek. Wchodząc na górę po schodach szerokości jakichś 40cm efekt przytłoczenia coraz bardziej się pogłębiał. Na samą myśl o highlinie w tym miejscu przechodził po plecach straszny a zarazem przyjemny dreszczyk. Podłoga była w większej części solidna, lecz gdzieniegdzie brakowało desek lub były wyraźnie nadłamane. Poręcze były raczej godne zaufania choć również zdarzały się miejsca gdzie były wyraźnie obluzowane. Ostatni taras pod dachem był w najgorszym stanie, tam było już dość sporo luk w podłodze oraz obluzowanych desek. Przemieszczanie się nie było takie złe ale jednak trzeba było uważnie patrzeć pod nogi.



Warto wspomnieć o niesamowitej akustyce budynku  każdy dźwięk był kilka razy głośniejszy niż powinien być i niósł za sobą długie, doniosłe, psychodeliczne echo. Wszystko to potęgowało specyficzną i wyjątkową aurę tego miejsca

W ciągu dnia dołączyła do nas znajoma Christiana – Claudia, u której nocowaliśmy. Przemiła i gościnna pół Dunka pół Polka z ciekawym poczuciem humoru oraz spontanicznym podejściem do wszystkiego na około. Trudno ją opisać, jest zupełnie nieszablonowa. Dawno nie spotkałem osoby którą otaczała by tak zagadkowa aura.

Rozwieszanie highline było stosunkowo proste, jednak nie obyło się bez głupich pomyłek które wydłużyły cały proces (przykładowo przed naciąganiem backupu oraz taśmy zorientowaliśmy się że zapomnieliśmy o ringach). Podczas samego naciągania highline'a układające się na metalowych wzmocnieniach slingi głośno trzaskały wprawiając w wibracje całą konstrukcję, lecz były to tylko niegroźne drgania metalowych belek. Cała konstrukcja była bezsprzecznie bardzo stabilna. 50-metrowy highline z taśmy white magic oraz z backupem w postaci liny dynamicznej zawisł około godziny 17-tej, kiedy to zaczęło się ściemniać.
Christian jako jedyny spróbował swoich sił jeszcze tego samego dnia. Kilkanaście prób zaowocowało jedynie kilkoma krokami, taśma była dość luźna a samo miejsce po zmroku mocno oddziaływało na psychikę.




Gdy opuszczaliśmy kompleks, pozwoliliśmy sobie stanąć na krótką chwilę w drzwiach wejściowych do drugiego budynku. To co zobaczyliśmy całkowicie nas onieśmieliło. Budowla nabrała aury starej, opuszczonej Katedry. Snop światła wpadający przez okna oraz nieregularne dziury w dachu odbijał się od tafli czarnej jak smoła wody na dole, dając efekt niesamowitej głębi. Wydawało się że bryła budynku jest równie głęboka co wysoka.


Wieczorem zawieźliśmy rzeczy do domu Claudii. W domu panowała ciekawa, mistyczna atmosfera. Na ścianach wisiały w segregatorowych koszulkach wydrukowane rozmaite cytaty, zazwyczaj o głębokim, życiowym znaczeniu. Mama Claudii miło się przedstawiła i zamieniła z nami kilka słów. Widać było że podziwiała i szanowała to co robimy. Po sytej obiadokolacji wyszliśmy razem z garstką jej znajomych do pubu. Był to niezapomniany czas spędzony w gronie ludzi, gdzie każdy był istnym indywidualistą w jak najlepszym tego słowa znaczeniu (z Claudią na czele). Ku naszemu zdziwieniu zaczął mocno padać śnieg! Około północy była już kilkunasto centymetrowa warstwa białego puchu. Moim postanowieniem na kolejny dzień było wejść na taśmę i... po prostu wstać. Chodziło o samo przełamanie się. Brakowało mi jeszcze doświadczenia żeby przejść ten highline, lecz mimo wszystko śmiało mogłem zmierzyć się z własną psychiką.

Następnego dnia około godziny ósmej byliśmy z powrotem na miejscu. Po czasochłonnym dociąganiu zarówno backupu jak i taśmy, około godziny jedenastej, nadszedł czas na przejścia. Christian rozluźnił się dopiero po kilkunastu podejściach i niewiele zabrakło żeby przeszedł całą taśmę. Krzycząc wściekle spadł jakieś 10 metrów od jej końca. Głos rozniósł się głośnym echem po budynku oraz na zewnątrz.



Czas uciekał, ja z Rafałem musieliśmy wyjechać o godzinie 13tej. Po krótkim naradzeniu się Christian zdecydował że zostaje i sam zdejmie wszystko wieczorem. Razem z Rafałem zaczęliśmy pakować wszystko to co mogliśmy ze sobą zabrać.

Przyszedł czas na mnie. Wcześniej starałem się nie myśleć za dużo o tym highlinie. Uśmiechnąłem się wewnętrznie i przywiązałem się do lonży. Byłem zaskoczony tym jak skutecznie udało mi się uniknąć niepotrzebnych myśli. Zupełnie się odciąłem. Zanim zdążyłem cokolwiek zanotować siedziałem już z jedną nogą na taśmie wykonując chongo. W słuchawkach rozbrzmiał głośno kawałek „Hard Sun” Eddiego Veddera dając mi porządnego kopa pozytywnej energii. Wstałem - po chwili przyszedł czas na krok lecz mocno rzuciło, straciłem równowagę i spadłem łapiąc taśmę z głośnym okrzykiem radości. Spróbowałem jeszcze kilka razy ale niestety czas naglił i po zejściu z taśmy, zamienieniu kilku słów z kompanami i pożegnaniu się nadszedł czas na powrót. Zobaczyliśmy jeszcze tylko próby Claudii która pławiła się w paraliżującym strachu samego siedzenia na highlinie, po czym opuściliśmy budynek i udaliśmy się do samochodu. W drodze powrotnej dopadła mnie refleksja, że w gruncie rzeczy byłem w stanie przejść spory kawałek tego highlina. Jednak z drugiej strony miejsce to budziło tyle emocji, że samo wstanie było dla mnie sukcesem.



Sprzęt znowu sprawdził się na medal. Tym razem odzież narażona była na wystające pordzewiałe metalowe krawędzie, gwoździe i inne elementy o które ciągle zahaczaliśmy. Myślałem że po powrocie odnajdę w kurtce niejedną dziurę i liczne rozdarcia, jednak ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie było. Co najwyżej ledwo dostrzegalny ślad na wierzchniej warstwie materiału świadczący że właśnie tutaj zawadziłem gwoździem. Serdeczny ukłon w stronę firmy Berghaus.

Te dwa dni utkwiły mi głęboko w pamięci. Świetne uczucie zrealizować projekt który sami odnaleźliśmy i zaplanowaliśmy razem z Rafałem i Chrisem.


Więcej zdjęć obiektu na stronie: http://www.opuszczone.net/gazownia-warszawa/

1 komentarz:

  1. Świetny materiał! Gratuluję koncepcji i jestem pełen podziwu :) Autor tekstu może spokojnie książkę pisać :P Test wciąga i wywołuje głęboką refleksję -przynajmniej u mnie :P Chciałbym kiedyś z wami spróbować swoich sił na highline :)

    // gawi1991@gmail.com

    OdpowiedzUsuń