Idea narodziła się na highline'owym spotkaniu w Bolechowicach. Razem z Christianem stwierdziliśmy, że trzeba jak najszybciej zorganizować jakiś weekendowy wyjazd. Chris w pierwszej kolejności zaproponował Ostrov ze względu na urok i wszechstronność tego miejsca. W czeskich piaskowcach nieopodal potencjalnych miejsc rozmieszczenia highline'ów miały znajdować się jaskinie, w których docelowo mieliśmy nocować. Idealnie.
Alternatywą miały być polskie Sokoliki, ale niewątpliwie Ostrov prosperował znacznie lepiej pod każdym względem.
Dzień przed wyjazdem odebrałem od kuriera zaadresowaną do mnie paczkę z pakietem sprzętu firmy Berghaus, który miałem przetestować. Byłem bardzo mile zaskoczony jakością pełnego kompletu ubrań oraz akcesoriów outdoorowych. Już na pierwszy rzut oka było widać że sprzęt jest bardzo dobrej jakości. Ochoczo zacierałem ręce na sprawdzenie go w terenie oraz na samych highline'ach :)
12 listopada 2010 około godziny 12 skończyliśmy pakować bagaże do samochodu. Razem z całą ekipą, czyli Magdą, Rafałem "Pigmejem" oraz Dominikiem załadowaliśmy się do fury i ruszyliśmy w 9-godzinną podróż.
Podróż minęła gładko, bez przeszkód, w bardzo przyjemnej atmosferze. Mówiąc precyzyjnie pierwsze cztery godziny ciągłego śmiechu (w tym dzikiego zawodzenia Magdy) wyczerpały nasze pokłady energii i dalej było już wyjątkowo cicho i spokojnie. Na miejsce dotarliśmy około godziny 21. Tam czekali na nas Christian wraz z Johannesem, Dennisem, Honzísem i Voŕíśkiem. Niedługo potem dotarli Lukas, Alexander oraz Anatolij, ekipa była w komplecie. Razem rozsiedliśmy się w pubie Pod Císařem, gdzie delektując się po męczącej podróży czeskim piwem i grzanym winem zaplanowaliśmy kolejny dzień.
Z założenia mieliśmy spać w jaskiniach położonych nieopodal, ale okazało się że przy drodze stał opuszczony ośrodek który postanowiliśmy wykorzystać. Chłopaki wcześniej już ogarnęli podłogi, także można było z powodzeniem zagospodarować dwa pokoje na górze. Warunki prawie hotelowe :). Nie licząc ujemnej temperatury w nocy i trzaskających drzwi na wietrze, trzeba przyznać że było przytulnie i klimatycznie. Braki sprzętowe zmusiły mnie do spania w trzech letnich śpiworach, co dało całkiem niezły efekt bo było naprawdę ciepło.
Spaliśmy dłużej niż planowaliśmy, podróż dała się nam we znaki. Po porannym ciepłym posiłku udaliśmy się na punkt docelowy rozwieszania highline'ów. W zasadzie były to dwa oddzielne miejsca. Pierwsze z nich znajdowało się nieopodal samego Ostrova, jakieś piętnaście minut spacerem w górę zbocza doliny chłopaki z Niemiec zamotali highliny długości 45 metrów oraz 56 metrowego I land cruising. Tam gdzie my stacjonowaliśmy, czyli około czterech kilometrów dalej wisiał 10 metrowy Windchill i miał zawisnąć 18 metrowy Dogga (nazwa nieoficjalna, wzięta od nazwy turni). Ze stromego zbocza doliny rozpościerał się przepiękny widok na miasteczka usytuowane niżej. Dokładniej mówiąc, był to klif zbudowany z piaskowców wysokości około 20-30 metrów oraz pojedyncza turnia wysunięta nieco dalej która wyraźnie przeciwstawiała się procesom erozyjnym.
Początkowo wisiał jedynie krótszy Windchill, którego nazwa wzięła się od bezustannie wiejącego wiatru od strony doliny w górę zbocza (nazwał go tak Christian zainspirowany zdjęciem zrelaksowanego Honzísa leżącego na highline z lonżą, która zamiast swobodnie zwisać, była poziomo odchylona przez wiatr). Dogga zawisł dopiero około godziny 16, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi.
Gdy dotarliśmy na miejsce niezwłocznie założyłem uprząż i czekałem na swoją kolej do wejścia na krótszy highline. Wstałem bez większych problemów i przeszedłem Windchilla OS FM. Postanowiłem polatać troszkę na lonży celem przyzwyczajenia się do tego na tyle, żeby odsunąć jak najdalej na bok strach przed spadnięciem z taśmy. Wiało niemiłosiernie, pojedyncze podmuchy wiatru popychały tak że trzeba było porządnie się zaprzeć aby utrzymać równowagę. Jak rzuciłem z całej siły skórkę od banana przed siebie to niespodziewanie prawie dostałem nią centralnie w twarz, wróciła pchana wiatrem (było przy tym sporo śmiechu). Taki podmuch podczas chodzenia highline dawał niezły zastrzyk adrenaliny! Świetne uczucie, chyba pierwszy raz spodobał mi się silny wiatr towarzyszący uprawianiu slackline.
Trzeba przyznać że było dość mroźno, w dodatku wiatr potęgował niską odczuwalną temperaturę. Ubrania Berghaus sprawdziły się w tych warunkach na medal, dobrze izolowały a wysoka wiatroszczelność okazała się błogosławieństwem, w zasadzie tylko dzięki temu mogłem cieszyć się tym przyjemnym obliczem wiatru na highline.
Po mnie swoich sił spróbowała Madzia. Niestety wiatr nie był jej sojusznikiem i skutecznie zniechęcał ją podczas każdej próby wstania z taśmy. Poddała się po dość długich i psychicznie wyczerpujących próbach przełamania się... do końca dnia Magda była wyraźnie zawiedziona i przygaszona. Doskonale znałem to uczucie po Bolechowicach, nie życzę tego nikomu.
Przez prawie cały dzień, na turni trwało motanie dłuższej taśmy. Dużo czasu zajęły same próby dostania się tam, gdyż trzeba było wspinać się bez asekuracji dość spory odcinek (pierwsza wpinka była na wysokości około 20m). Rafał po kilku próbach podołał zadaniu, udało mu się dojść do wpinki, dalej zostało już plus minus 7m skały.
Chłopaki uporali się ze wszystkim do godziny 16-tej. Chris pierwszy przywiązał się do lonży i po kilku próbach przeszedł kilka razy. Pod koniec chodzenia Chrisa zaczęło się bardzo szybko ściemniać. W momencie jak sam wszedłem na taśmę było już dość ciemno i zerwał się jeszcze większy wiatr. Od razu przypomniały mi się Bolechowice, choć teraz warunki były jeszcze gorsze. Postanowiłem odegrać się za tamtą porażkę i wstałem prawie od razu, odrzucając niepewność i strach na bok, nie pozwalając podświadomości trzymać mnie w bezruchu. Wstałem i ... przeszedłem Dogga on sight full man przy bardzo trudnych warunkach. Byłem przeszczęśliwy! Udało mi się pokonać tą barierę, teraz mogłem w pełni cieszyć się czystą, euforyczną przyjemnością płynącą z highline!
To przejście nauczyło mnie, że im szybciej wstaniesz, tym bardziej pewny siebie będziesz później. Wycisz swój drugi umysł, nie pozwól podświadomości tobą manipulować, pokonaj samego siebie. Wewnętrzna blokada znika w momencie przełamania się. Nic nie smakuje lepiej, jak uczucie zwycięstwa nad własnymi słabościami.
Do końca dnia zachowywałem się tak, jakby ktoś mi wstrzyknął dożylnie skrajną dawkę endorfin. Wieczorem usiedliśmy z ekipą nad stawem znajdującym się pod pubem i spijając zwycięskie piwa wspominaliśmy miniony dzień.
Kolejnego dnia wcześnie rano dotarliśmy ponownie na to samo miejsce co poprzednio. Planowaliśmy zajrzeć na drugą miejscówkę, ale zasiedzieliśmy się tutaj a później czas nam już nie pozwolił (Christian był tam od rana i udało mu się przejść 45m!). Na miejscu czekali na nas chłopaki z Niemiec. Lukas kręcił materiał do filmiku a Anatolij skoczył z dłuższego highline na lonży długości 7,5m! Tego dnia było już sielankowo, wiatr był lżejszy, wyszło słońce, lecz nadal było chłodno. Katowałem oba highliny, próbowałem kleić swoje pierwsze highlinowe tricki i w pełni delektowałem się wiszącą w powietrzu, pozytywną atmosferą. Magda po kolejnych długich chwilach przełamywania się w końcu wstała! Zrobiła kilka kroków które naszprycowały ją do reszty pozytywną energią. Była przeszczęśliwa i wszyscy włączając ją samą byli z niej bardzo dumni! Tak jak pisałem wcześniej, nic nie smakuje lepiej, jak uczucie zwycięstwa nad własnymi słabościami.
Johannes zaliczył tego dnia ładne przejście Doggi, gratulacje! Rafał jak tylko nauczy się chonga będzie cisnął highliny na potęgę! Miał dokładnie ten sam syndrom co Magda pierwszego dnia oraz ja w Bolechowicach. Prędzej czy później przychodzi ten czas, w którym paniczny strach towarzyszący highline przeradza się w najprzyjemniejsze uczucie jakiego doznaliśmy w życiu.
Uczucie to jest nie do opisania. W pełni możemy panować nad strachem, jest on ale obok nas, im jest straszniej tym uczucie które nas przepełnia jest silniejsze. Zamienia się to z paraliżującej paniki w motywujące wyzwanie. Jeśli dodać do tego muzykę, piękną okolicę taką jak Ostrov, nastrój tam panujący i ludzi którzy go tworzą, miejsce to zamienia się na te krótkie chwile w swoisty raj a emocje które nas przepełniają tworzą czyste, pierwotne szczęście. Tak właśnie było przez cały drugi dzień.
O godzinie 15-tej zaczęliśmy wszystko zwijać. Wieczorem byliśmy już w naszym "hotelu", zjedliśmy coś ciepłego i około 20-tej ruszyliśmy w podróż powrotną. Droga była spokojna, Dominik wraz z Magdą spali prawie cały czas z tyłu samochodu a Rafał dzielnie trwał w roli pilota. Praktycznie zerowy ruch pozwolił nam dotrzeć do domu w niecałe siedem godzin.
Ostrov był totalną rewolucją. Poznałem tam highline z tej najważniejszej, esencjonalnej strony. Nie mogłem doczekać się kolejnego wyjazdu! Już następnego dnia po przyjeździe czułem, że totalnie się od tego uzależniłem. Ewidentnie, bez żadnych wątpliwości to jest to co kocham.
Chciałem serdecznie podziękować całej ekipie za towarzystwo, świetnie spędzony czas i przede wszystkim motywację! Dziękuję również firmie Berghaus za udostępnienie mi świetnego sprzętu który sprawdził się wprost idealnie! Mała waga, wiatroszczelność oraz wysoka kompresyjność kurtek idealnie sprawuje się na wyjazdach highline. Ciężkie ubrania ciążą na rękach oraz barkach podczas chodzenia na slackline co powoduje o wiele szybsze męczenie się trzymających równowagę rąk. Moja kurtka jest jednak tak lekka że praktycznie jej na sobie nie czułem.
Osobne podziękowania za wspaniałą prezentację i piękne zdjęcia należą się Dominikowi!
Highline jest zbyt piękny, by się na niego blokować.
Ostrov Highline from Dominik Kapusta on Vimeo.















Brak komentarzy:
Prześlij komentarz