niedziela, 24 października 2010

Highline Bolechowice - cenna porażka.

Piątek, około 7 rano, dopakowuję do torby uprząż i rękawiczki. Otwieram jeszcze na moment laptopa żeby zobaczyć kilka losowych ujęć z jakiegoś filmiku highlinowego, wyobrazić sobie uczucie towarzyszące tamtym slacklinerom, nakręcić się i pojednać ze strachem. Zamykam laptopa, biorę bagaże i idę do samochodu. W aucie ustawiam GPS na Bolechowice i jadę po Magdę.

Jest 22 października, jedziemy razem z Magdą do doliny Bolechowickiej nieopodal Krakowa, pora na highline. Praktycznie całą drogę nastawiam się psychicznie. To dopiero czwarty highline w moim życiu, trzy poprzednie przeszedłem w tym jeden OS FM [Onsight Fullman] ale najdłuższy z nich miał 21m na wysokości około 8m. Potato power [ ;D ] - bo tak nazwany został Highline w Bolechowicach, ma niecałe 35m długości oraz 30m wysokości. Droga przebiegła bez większych problemów, dojazd jest banalny. Na miejscu czeka już na nas Christian który dopiero co przerzucił linę backupową i kończył przygotowywać stanowiska. Miejsce jest przepiękne, dwie turnie wynurzające się spomiędzy drzew na kształt bramy. Widok jest naprawdę magiczny.


Tak zastaliśmy Chrisa
W trakcie wchodzenia na górę upuszczam moją torbę, obserwuję cierpliwie jak powoli stacza się po zboczu aby runąć z donośnym hukiem na skałę 10m niżej. Piękny widok, Christian razem z Magdą wybuchają panicznym śmiechem, ja po kilku sekundach ochoczo do nich dołączam. Śmiejąc się ze swojego "szczęścia" wchodzę na górę i pomagam Chrisowi motać wszystko. W zasadzie jedyną rzeczą która poszła sprawnie to obłożenie slingów treewearami Gibbona, wszystko inne idzie nam nader opornie, samo przeciąganie taśmy na drugą stronę za pomocą liny zajmuje nam co najmniej pół godziny (jeśli nie godzinę). Nie mogliśmy za mocno napiąć backupu z powodu małych braków sprzętowych, w efekcie był on niemiłosiernie luźny w porównaniu do taśmy. W pewnym momencie zaczęliśmy głośno się śmiać z naszych poczynań, było co najmniej wesoło ;).







Skończyliśmy wszystko przygotowywać po godzinie 17, słońce powoli chyliło się ku zachodowi zalewając dolinę lekko czerwoną poświatą, kiedy Christian podklejał slacka (czerwony white magic). Przy wchodzeniu na taśmę Chris zdjął buty i chciał rzucić je na skałę, lecz jeden z nich postanowił się odrobinę stoczyć. Nie mogłem przestać się śmiać widząc tą scenę, to było piękne dopełnienie wszystkich naszych wyczynów tamtego dnia. But na szczęście zatrzymał się w szczelinie.. a ja śmiałem się jeszcze w głos. Po pierwszej próbie okazało się że taśma jest dużo za luźna, po dociągnięciu jej po kilku upadkach Chris zaliczył fullmana (przejście w obie strony).


Go go go!

Uciekające buty Chrisa

Słońce już dawno schowało się za skałą, robiło się ciemno. Gdy wchodziłem na slacka było już dość mało widać. Posiedziałem chwilę oswajając się z wysokością kiedy zaczęło się totalnie ściemniać. Przejechałem na karabinku na drugą stronę taśmy, skąd o wiele łatwiej się startowało, usiadłem, odpiąłem karabinek, wziąłem kilka głębokich wdechów i ... nic nie zrobiłem. To całe oporne napinanie, luźny backup, ciemność, długość i wysokość slacka, presja związana z tym że zaraz całkowicie się ściemni i trudno będzie zejść na dół (nikt nie wpadł na genialny pomysł wzięcia czołówki ;D) mnie zwyczajnie przerosły. Nie mogłem się zebrać żeby chociażby spróbować wstać z chongo, nie było takiej opcji. Próbowałem coś z tym zrobić, Magda z Chrisem wykrzykiwali motywujące słowa, ale po prostu się zablokowałem. Przypiąłem karabinek i wróciłem na skałę.

Słońce już prawie zaszło


Nie mogłem się oswoić z tym poddaniem się, byłem zawiedziony. Po chwili jednak zmieniłem nastawienie, był to pierwszy highline którego nie przeszedłem, nie mówiąc już o nie wstaniu. Nigdy wcześniej się w ten sposób nie poddałem, było to nowe doświadczenie z którego postanowiłem wyciągnąć jakąś naukę, wręcz cieszę się że tak się to skończyło. Idealnie ujęli to Dale Goddard i Udo Neumann w swojej książce o wspinaczce:

Pojednaj się z niepowodzeniami. Aby dalej się rozwijać musisz skorzystać z nich tak samo jak ze swoich zwycięstw. Są one cenne i konieczne. Nie korzystając z lekcji jaką stanowią, unikając ryzyka i bólu kultywujesz jedynie długoterminowy zastój – a tego należy bać się jak ognia.

Moja porażka tamtego dnia dała mi bardzo ważną lekcję - uświadomiła mi że najgorszym co można zrobić jest poddanie się. Przyjmuję ją z wdzięcznością, dzięki temu mam teraz taką motywację jak nigdy wcześniej.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz