czwartek, 3 marca 2011

ISPO 2011

Dnia 6 lutego siedziałem w samochodzie kierującym się prosto na targi ISPO pod Monachium. Stało się, sytuacja na uczelni była sprzyjająca, nie było już nic co mogło mnie zatrzymać. Co więcej, kilka dni przed targami dostałem e-mail od Nadii Kowalow, mówiący, że kwalifikacje do zawodów przełożone są na poniedziałek. Oznaczało to, że bez problemu będę mógł wystartować! Wszystko szło z górki, jakby tak miało być. Jadąc na to jedno z większych wydarzeń slacklinowych na świecie mało myślałem o tym co mnie tam czeka. Fakt, że miałem spotkać najlepszych slacklinerów z całego świata, których dotychczas podziwiałem tylko na filmach, wydawał mi się dziwnie odległy, nierealny. 

Gdy przyszedłem na stoisko, w pierwszej kolejności spotkałem Nadię, następnie trafiłem na Andy’ego Lewisa. Człowiek, który zainspirował mnie do uprawiania slackline stał teraz przede mną uśmiechając się i wyciągając do mnie rękę. Niesamowite uczucie, od razu wiedziałem, że moje miejsce znajduje się wśród tych ludzi. Następnie przyszedł czas aby wejść na taśmę i postawić swoje pierwsze kroki po zimowym zastoju. Nie było źle, dość szybko przypominałem sobie poszczególne tricki, aż nagle przy nietrafionym atomic buttbounce zeskoczyłem obok taśmy na ziemie, zrobiłem raptem jeden dłuższy krok podczas którego moja stopa dziwnie się podwinęła. Lecąc z impetem obciążyłem wygiętą stopę i usłyszałem nieprzyjemny trzask w stawie. Później tylko piekący ból i fala gorąca. Pomyślałem – poczekam chwilę i przejdzie – ale po zdjęciu buta zobaczyłem, że wcale nie jest tak kolorowo. Kostka puchła. Po krótkim czasie udawania przed samym sobą, że wszystko jest ok, oraz paru prostych trickach zakończonych bardzo boleśnie, dotarło do mnie że skręciłem kostkę. Wściekłem się niesamowicie! W życiu, W ŻYCIU nie skręciłem kostki! Dlaczego teraz?! Na szczęście w ekipie Gibbona nie brakuje fizjoterapeutów, Maria oraz Maik szybko się mną zajęli. Po kilku okładach z lodu, zamrożeniu kostki i założeniu stabilizatora okazało się, że nie ma tragedii. W efekcie mogłem z powodzeniem skakać i wykonywać większość tricków. Jednak nadal pozostawał dyskomfort, lekki ból i wykluczenie kilku tricków z repertuaru, co jednak nie powstrzymało mnie od wystartowania w popołudniowych eliminacjach. Nie byłem jedyną osobą która miała pecha tego dnia. Gappai w podobny sposób uszkodził sobie łokieć. Było to znacznie poważniejsze od mojego skręcenia. Wykluczyło go to praktycznie z zawodów, a przyleciał z Japonii i był jednym z faworytów. To dopiero pech... Jestem pewny, że następnym razem Gappai pokaże klasę.



Zasady obowiązujące na zawodach:

Zarówno eliminacje jak i finały były rozgrywane w systemie "pucharowym" - 1 na 1. Każdy z zawodników ma 2 minuty do wykorzystania na taśmie. Jeden zawodnik rozpoczyna, czas start w momencie wejścia na taśmę, stop w momencie zejścia / spadnięcia. Następnie wchodzi drugi zawodnik i tak w kółko do wykorzystania puli czasu każdego z zawodników. Po takim występie trzyosobowe jury wyłaniało zwycięzcę na podstawie następujących kryteriów: styl, technika, amplituda (wysokość wykonywanych tricków), kreatywność. Zasady według mnie bardzo dobre, jedyny ich minus to trafienie na faworyta w kwalifikacjach, choć w wypadku wysokich notowań osoby przegranej, miała ona nadal szansę dostać się do finałów.




Eliminacje (pogrubiona czcionka - zwycięzca):

Maciej Borucz 'Bor' (Polska) - Ezequiel Troncoso (Hiszpania)
Frankie Najera (USA) - Petr Kučera (Czechy)
Florin Limbovici (Rumunia) - Nick Ten Hoopen (Holandia)
Toru Osugi 'Gappai' (Japonia) - Emily Sukennik (USA)
Michael Payton 'Alpha Mike' (USA) - Samuel Bucher (Austria)
Elisabeth Schulte (Niemcy) - Stefan Durst (Niemcy)
Maurice Wiese 'Momo' (Niemcy) - Jaan Roose (Estonia)
Andy Lewis (USA) - Tim Hirtle (Niemcy)

Pierwsza runda eliminacji – padło na mnie. Moim przeciwnikiem był Ezequiel Troncoso z Hiszpanii, którego nie widziałem wcześniej w akcji i zupełnie nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Ku mojemu własnemu zdziwieniu, udało mi się skleić wszystko to co chciałem! Łącznie z atomic backbounce na samym końcu. Byłem co najmniej usatysfakcjonowany. Jednak Ezequiel również dał niezły popis, przede wszystkim tricków statycznych oraz wysokich grabów. Udało mi się wygrać tę rundę i przejść do finałów.




Z występów innych par wartą komentarza nowością jest pierwsze i zarazem zwycięskie wystąpienie Florina z Rumunii przeciwko Nickowi z Holandii! Nick jest doświadczonym slacklinerem, brał udział w niejednych zawodach. Jednak wysokie, zapierające dech w piersiach atomic chest/buttbounce oraz długie skomplikowane połączenia buttbounce / chestbounce z różnymi wariacjami dały Florinowi mocne zwycięstwo i zarazem awans do finałów.


Runda Gappai z Emily była rundą symboliczną, Gappai nie chciał po prostu wracać do kraju nie biorąc nawet udziału w zawodach. Parę nieziemsko rozpoczętych kombinacji w jego wykonaniu kończyło się niestety nie ustaniem ich ze względu na niefortunną kontuzję łokcia i problemy z balansowaniem tą ręką. Emily sklejając kilka imponujących kombinacji tricków statycznych wypracowała sobie zwycięstwo.

Występ Elle przeciwko Stefanowi pokazał, że dziewczyna ta ma niesamowity potencjał. Wie na co ją stać i na jakie tricki może sobie pozwolić podczas zawodów. Klei praktycznie wszystkie rozpoczęte kombinacje i choć nie należą one do tych najbardziej 'hardcorowych', to sklejone są bardzo technicznie i precyzyjnie.



Ćwierćfinał:

Andy Lewis - Frankie Najera
Michael Payton 'Alpha Mike' - Emily Sukennik
Elisabeth Schulte - Maciej Borucz 'Bor'
Florin Limbovici - Maurice Wiese 'Momo'

Należy skomentować występ Elisabeth Schulte przeciwko mnie. Tak jak pisałem wyżej, ustała praktycznie każde rozpoczęte kombo. Ja nie ustałem żadnego, wszystko kończyło się wyjściem na taśmę na nogi, utratą równowagi i spadnięciem. Poszło mi znacznie gorzej niż w eliminacjach. Kostka dała o sobie wyraźnie znać po obciążających ją eliminacjach. Elle tak czy inaczej odniosła zasłużone zwycięstwo, byłem pełen podziwu dla jej umiejętności oraz lekkości z jaką wykonywała tricki.





Półfinał:

Andy Lewis - Michael Payton 'Alpha Mike'
Elisabeth Schulte - Maurice Wiese 'Momo'

Finał:

Andy Lewis - Maurice Wiese 'Momo'

Walka w finale była niesamowicie wyrównana. Hat tricki w wykonaniu Momo dały mu wielką przewagę jeśli chodzi o kreatywność, podnosił podczas chestbounce czapkę która spadła mu przy wcześniejszym backflipie czy przekładał ją w locie pod nogą - nadało to unikalnego stylu jego wystąpieniu. Oprócz tego skleił sick nasty, sick nasty to sticky buttbounce oraz backflipa. Andy natomiast latał pod sam sufit, wysokości które osiągał wydawały się wręcz nierealne. Zapunktował również ciekawymi trickami takimi jak backbounce mount, buttbounce to frontflip to buttbounce, buttbounce 540, atomic chestbounce z salutowaniem w locie, atomic buttbounce z klaśnięciem w locie pod każdą nogą z osobna. Na koniec tradycyjnie podjął próbę double backflipa która jak zwykle skończyła się niedokręceniem drugiego salta. Jednak jak to u Andiego bywa, wstał tylko i otrzepał się bez pojedynczego grymasu na twarzy. Całokształt wystąpienia Andiego dał mu nieznaczną przewagę nad Momo i w rezultacie zwycięstwo!




Runda dodatkowa o 3 miejsce:

Elisabeth Schulte - Michael Payton 'Alpha Mike'

Wyczekiwanie na ten werdykt jury dłużyło się mi najbardziej na tych zawodach, co więcej, ogłoszenie go opóźniało się ze względu na trudność w podjęciu decyzji! Elle znowu skleiła dosłownie wszystko czego się podjęła, natomiast Mike odzyskał przewagę dopiero po sklejeniu frontflipa, wcześniej dość często spadał. Finalnie oboje byli na podobnym pułapie i nie byłbym zaskoczony, gdyby to Elle wygrała! Jednak zabrakło jej kilka punktów do Mike’a, który ostatecznie zajął 3 miejsce w zawodach. Elisabeth tym samym zajęła 4 pozycję.





Klasyfikacja końcowa:

Andy Lewis
Maurice Wiese 'Momo'
Michael Payton 'Alpha Mike'
Elisabeth Schulte




Mimo że mój występ w finałach nie był najlepszy, jestem jak najbardziej zadowolony z przebiegu zawodów. Wiem teraz nad czym powinienem popracować, oraz jak dokładnie rozkładać swoje siły. Moja motywacja sięga teraz zenitu. Ciągle nie mogę wyjść z podziwu odnośnie Elisabeth. Udowodniła ona, że granica między mężczyznami a kobietami jeśli chodzi o slackline powoli zaczyna się zacierać. Elle jest moim zdaniem jedną z lepszych, jak nie najlepszą tricklinerką na świecie.

Klimat panujący na całych targach, a w szczególności na zawodach jest nie do opisania. Zapewne jest to też kwestia gustu, jednak ja osobiście czuję, że jestem do tego stworzony. Z jednej strony jest to rywalizacja, pewnego rodzaju konkurencja między poszczególnymi osobami, z drugiej jednak strony wzajemna motywacja, wsparcie, oklaski, gratulacje oraz wszechobecny uśmiech nadaje temu wszystkiemu wyjątkowo silną moc jednoczenia ludzi. Słowa te nie oddają tego co tam się działo nawet w najmniejszym stopniu. Świetnie widać to na filmie z zawodów, do którego odnośnik znajduje się poniżej.



wtorek, 18 stycznia 2011

Nowinki

Wielkimi krokami zbliżają się targi sportowe ISPO pod Monachium, gdzie swoje stoisko wystawia Gibbon, organizując przy okazji zawody trickline na najwyższym poziomie. Pojawią się tam wszystkie najważniejsze tricklinowe (i nie tylko) postaci z całego świata. Z ogromnym uśmiechem na twarzy odczytałem wczoraj maila z zaproszeniem na ISPO! Moje uczestnictwo zależy tylko i wyłącznie od terminów egzaminów w sesji, jednak jak na razie wszystko idzie po mojej myśli. Jako, że Janek Gałek jeździ obecnie po USA, chodząc więcej po taśmie niż po ziemi, można śmiało powiedzieć że zawitam na targi jako jedyny reprezentant Polski. Mam tylko nadzieję, że uda mi się godnie sprostać zadaniu :)

Firma Berghaus oficjalnie przyjęła mnie pod swoje skrzydła! Relacja z Ostrova pojawiła się na polskiej stronie firmy, a informacja o moim wstąpieniu do "Atletów" Berghausa zawitała na oficjalną stronę!

Relacja

Info na oficjalnej stronie

czwartek, 6 stycznia 2011

Gibbon King of Slackline 2010

Konkurs King of Slackline zakończony.
Jest miejsce na podium! Udało mi się wywalczyć trzecie miejsce, choć niewiele brakowało do drugiego :) szczegóły niżej.

Zwycięzcą jest Gappai z Japonii! Jak najbardziej zasłużył na to, jest świetnym tricklinerem a na taśmie ma niesamowite flow, pozazdrościć kreatywności!

Drugie miejsce należy do Jaana Roose z Estonii 

Trzecie miejsce zająłem ex aequo z Hiroyuki Kusakari z Japonii oraz Moritzem Gatto z Niemiec

Oto kolejne rundy konkursu:












Runda 12, którą ustał tylko Gappai, to nieziemskie combo fs540 -> fs180 -> fs buttbounce 540






A oto dogrywka o 2 i 3 miejsce, która polegała na sklejeniu kolejno jak największej ilości rund bez schodzenia z taśmy. Miałem dwa dni nagrań, pierwszego dnia udało mi się przebrnąć przez 8 rund - spadłem przy backflipie. Drugiego dnia udało mi się ustać backflipa i spadłem przy frontflipie! Dało by mi to drugie miejsce, lecz zaraz po zejściu z taśmy zorientowałem się, że po drodze zapomniałem o jednym, prostym tricku (invert kneedrop spin). Było rozczarowanie, ale też duuużo śmiechu :)




Konkurs był utrzymany na bardzo wysokim poziomie, wszyscy byli zaskoczeni umiejętnościami zawodników, którym nie straszne były takie ewolucje jak flipy czy skomplikowane comba. Jeszcze raz gratuluję Gappai oraz dziękuję wszystkim za zaciętą rywalizację!

środa, 5 stycznia 2011

Warszawa - Gazownia

Niedługo po highline'owym spotkaniu w Ostrovie Christian znów miał zawitać do Łodzi. Oczywiście wiązało się to z realizacją jakiegoś ciekawego projektu highline. Po przemyśleniu kilku opcji highline'owych w Łodzi wpadłem na pomysł aby zastanowić się nad zapomnianymi już projektami które podesłał mi Pigmej w wakacje 2010. Dostałem wtedy od niego link do strony internetowej z opisami opuszczonych miejsc w Polsce, gdzie trafiliśmy na kilka nieźle wyglądających budynków. Jeden wyjątkowo rzucił mi się w oczy, bryła oraz konstrukcja tego monumentalnego budynku błagała wręcz o to, żeby rozpiąć tam taśmę. Była to opuszczona gazownia na warszawskiej Woli. Kompleks składał się z dwóch budynków o okrągłej podstawie średnicy 50 metrów i wysokości około 25 metrów. Planowaliśmy rozwiesić jedną taśmę między dwoma budynkami (odległość około 20 metrów) oraz jedną przez sam środek jednego z budynków.

W sobotę 27 listopada około godziny 12 docieramy wraz z Dominikiem i Rafałem na miejsce. Parkujemy przy samej gazowni i od razu dostrzegamy czekającego na nas Christiana, który z zawsze towarzyszącym mu serdecznym uśmiechem na twarzy wita nas z entuzjazmem. Udając, że nie wiemy o tym, iż budynek to własność prywatna, strzeżona przez niezbyt spostrzegawczego pana w stróżówce, wchodzimy przez niedbale zabezpieczoną drutami kolczastymi dziurę w ogrodzeniu. Krótki i w miarę bezgłośny obchód kompleksu przyniósł nam kilka ważnych informacji. Po pierwsze, poziom podłogi budynku jest jakieś 7-8 metrów poniżej poziomu gruntu przy wejściu. Po drugie, w mniejszym budynku rozwieszenie highline'a będzie znacznie prostsze. W tym drugim na dole stoi woda, w oknach są resztki szyb, których nie wypada wybijać, wilgoć dała się we znaki drewnianej podłodze na tarasach a kawałki zgniłych desek odłamują się raz na jakiś czas od dachu wpadając z chlupotem do wody poniżej. W mniejszym budynku było zupełnie sucho a na najwyższym tarasie powyżej ostatniego poziomu okien, tuż pod wyraźnie odnowionym dachem, znajdowały się stalowe wzmocnienia które były idealnym stanowiskiem pod highline. Po trzecie, nie zanotowaliśmy jakiegokolwiek ruchu w okolicach stróżówki, co było dobrą nowiną bo nasz plan mógł lec w gruzach gdyby ktoś nas przyłapał.



Wygląd budynków z zewnątrz budził szacunek, a wewnątrz odejmował mowę i zapierał dech w piersiach. Gdy stawało się w drzwiach wejściowych i naszym oczom ukazywała się w pierwszej chwili 8 metrowa dziura w ziemi a następnie olbrzymia, przytłaczająca pusta przestrzeń ograniczona ceglanymi ścianami okalanymi przez wątłe tarasy, odruchowo chciało się zrobić krok w tył, tak na wszelki wypadek. Wchodząc na górę po schodach szerokości jakichś 40cm efekt przytłoczenia coraz bardziej się pogłębiał. Na samą myśl o highlinie w tym miejscu przechodził po plecach straszny a zarazem przyjemny dreszczyk. Podłoga była w większej części solidna, lecz gdzieniegdzie brakowało desek lub były wyraźnie nadłamane. Poręcze były raczej godne zaufania choć również zdarzały się miejsca gdzie były wyraźnie obluzowane. Ostatni taras pod dachem był w najgorszym stanie, tam było już dość sporo luk w podłodze oraz obluzowanych desek. Przemieszczanie się nie było takie złe ale jednak trzeba było uważnie patrzeć pod nogi.



Warto wspomnieć o niesamowitej akustyce budynku – każdy dźwięk był kilka razy głośniejszy niż powinien być i niósł za sobą długie, doniosłe, psychodeliczne echo. Wszystko to potęgowało specyficzną i wyjątkową aurę tego miejsca

W ciągu dnia dołączyła do nas znajoma Christiana – Claudia, u której nocowaliśmy. Przemiła i gościnna pół Dunka pół Polka z ciekawym poczuciem humoru oraz spontanicznym podejściem do wszystkiego na około. Trudno ją opisać, jest zupełnie nieszablonowa. Dawno nie spotkałem osoby którą otaczała by tak zagadkowa aura.

Rozwieszanie highline było stosunkowo proste, jednak nie obyło się bez głupich pomyłek które wydłużyły cały proces (przykładowo przed naciąganiem backupu oraz taśmy zorientowaliśmy się że zapomnieliśmy o ringach). Podczas samego naciągania highline'a układające się na metalowych wzmocnieniach slingi głośno trzaskały wprawiając w wibracje całą konstrukcję, lecz były to tylko niegroźne drgania metalowych belek. Cała konstrukcja była bezsprzecznie bardzo stabilna. 50-metrowy highline z taśmy white magic oraz z backupem w postaci liny dynamicznej zawisł około godziny 17-tej, kiedy to zaczęło się ściemniać.
Christian jako jedyny spróbował swoich sił jeszcze tego samego dnia. Kilkanaście prób zaowocowało jedynie kilkoma krokami, taśma była dość luźna a samo miejsce po zmroku mocno oddziaływało na psychikę.




Gdy opuszczaliśmy kompleks, pozwoliliśmy sobie stanąć na krótką chwilę w drzwiach wejściowych do drugiego budynku. To co zobaczyliśmy całkowicie nas onieśmieliło. Budowla nabrała aury starej, opuszczonej Katedry. Snop światła wpadający przez okna oraz nieregularne dziury w dachu odbijał się od tafli czarnej jak smoła wody na dole, dając efekt niesamowitej głębi. Wydawało się że bryła budynku jest równie głęboka co wysoka.


Wieczorem zawieźliśmy rzeczy do domu Claudii. W domu panowała ciekawa, mistyczna atmosfera. Na ścianach wisiały w segregatorowych koszulkach wydrukowane rozmaite cytaty, zazwyczaj o głębokim, życiowym znaczeniu. Mama Claudii miło się przedstawiła i zamieniła z nami kilka słów. Widać było że podziwiała i szanowała to co robimy. Po sytej obiadokolacji wyszliśmy razem z garstką jej znajomych do pubu. Był to niezapomniany czas spędzony w gronie ludzi, gdzie każdy był istnym indywidualistą w jak najlepszym tego słowa znaczeniu (z Claudią na czele). Ku naszemu zdziwieniu zaczął mocno padać śnieg! Około północy była już kilkunasto centymetrowa warstwa białego puchu. Moim postanowieniem na kolejny dzień było wejść na taśmę i... po prostu wstać. Chodziło o samo przełamanie się. Brakowało mi jeszcze doświadczenia żeby przejść ten highline, lecz mimo wszystko śmiało mogłem zmierzyć się z własną psychiką.

Następnego dnia około godziny ósmej byliśmy z powrotem na miejscu. Po czasochłonnym dociąganiu zarówno backupu jak i taśmy, około godziny jedenastej, nadszedł czas na przejścia. Christian rozluźnił się dopiero po kilkunastu podejściach i niewiele zabrakło żeby przeszedł całą taśmę. Krzycząc wściekle spadł jakieś 10 metrów od jej końca. Głos rozniósł się głośnym echem po budynku oraz na zewnątrz.



Czas uciekał, ja z Rafałem musieliśmy wyjechać o godzinie 13tej. Po krótkim naradzeniu się Christian zdecydował że zostaje i sam zdejmie wszystko wieczorem. Razem z Rafałem zaczęliśmy pakować wszystko to co mogliśmy ze sobą zabrać.

Przyszedł czas na mnie. Wcześniej starałem się nie myśleć za dużo o tym highlinie. Uśmiechnąłem się wewnętrznie i przywiązałem się do lonży. Byłem zaskoczony tym jak skutecznie udało mi się uniknąć niepotrzebnych myśli. Zupełnie się odciąłem. Zanim zdążyłem cokolwiek zanotować siedziałem już z jedną nogą na taśmie wykonując chongo. W słuchawkach rozbrzmiał głośno kawałek „Hard Sun” Eddiego Veddera dając mi porządnego kopa pozytywnej energii. Wstałem - po chwili przyszedł czas na krok lecz mocno rzuciło, straciłem równowagę i spadłem łapiąc taśmę z głośnym okrzykiem radości. Spróbowałem jeszcze kilka razy ale niestety czas naglił i po zejściu z taśmy, zamienieniu kilku słów z kompanami i pożegnaniu się nadszedł czas na powrót. Zobaczyliśmy jeszcze tylko próby Claudii która pławiła się w paraliżującym strachu samego siedzenia na highlinie, po czym opuściliśmy budynek i udaliśmy się do samochodu. W drodze powrotnej dopadła mnie refleksja, że w gruncie rzeczy byłem w stanie przejść spory kawałek tego highlina. Jednak z drugiej strony miejsce to budziło tyle emocji, że samo wstanie było dla mnie sukcesem.



Sprzęt znowu sprawdził się na medal. Tym razem odzież narażona była na wystające pordzewiałe metalowe krawędzie, gwoździe i inne elementy o które ciągle zahaczaliśmy. Myślałem że po powrocie odnajdę w kurtce niejedną dziurę i liczne rozdarcia, jednak ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie było. Co najwyżej ledwo dostrzegalny ślad na wierzchniej warstwie materiału świadczący że właśnie tutaj zawadziłem gwoździem. Serdeczny ukłon w stronę firmy Berghaus.

Te dwa dni utkwiły mi głęboko w pamięci. Świetne uczucie zrealizować projekt który sami odnaleźliśmy i zaplanowaliśmy razem z Rafałem i Chrisem.


Więcej zdjęć obiektu na stronie: http://www.opuszczone.net/gazownia-warszawa/

poniedziałek, 29 listopada 2010

Ostrov

Idea narodziła się na highline'owym spotkaniu w Bolechowicach. Razem z Christianem stwierdziliśmy, że trzeba jak najszybciej zorganizować jakiś weekendowy wyjazd. Chris w pierwszej kolejności zaproponował Ostrov ze względu na urok i wszechstronność tego miejsca. W czeskich piaskowcach nieopodal potencjalnych miejsc rozmieszczenia highline'ów miały znajdować się jaskinie, w których docelowo mieliśmy nocować. Idealnie.
Alternatywą miały być polskie Sokoliki, ale niewątpliwie Ostrov prosperował znacznie lepiej pod każdym względem.

Dzień przed wyjazdem odebrałem od kuriera zaadresowaną do mnie paczkę z pakietem sprzętu firmy Berghaus, który miałem przetestować. Byłem bardzo mile zaskoczony jakością pełnego kompletu ubrań oraz akcesoriów outdoorowych. Już na pierwszy rzut oka było widać że sprzęt jest bardzo dobrej jakości. Ochoczo zacierałem ręce na sprawdzenie go w terenie oraz na samych highline'ach :)

12 listopada 2010 około godziny 12 skończyliśmy pakować bagaże do samochodu. Razem z całą ekipą, czyli Magdą, Rafałem "Pigmejem" oraz Dominikiem załadowaliśmy się do fury i ruszyliśmy w 9-godzinną podróż.


Podróż minęła gładko, bez przeszkód, w bardzo przyjemnej atmosferze. Mówiąc precyzyjnie pierwsze cztery godziny ciągłego śmiechu (w tym dzikiego zawodzenia Magdy) wyczerpały nasze pokłady energii i dalej było już wyjątkowo cicho i spokojnie. Na miejsce dotarliśmy około godziny 21. Tam czekali na nas Christian wraz z Johannesem, Dennisem, Honzísem i Voŕíśkiem. Niedługo potem dotarli Lukas, Alexander oraz Anatolij, ekipa była w komplecie. Razem rozsiedliśmy się w pubie Pod Císařem, gdzie delektując się po męczącej podróży czeskim piwem i grzanym winem zaplanowaliśmy kolejny dzień.
Z założenia mieliśmy spać w jaskiniach położonych nieopodal, ale okazało się że przy drodze stał opuszczony ośrodek który postanowiliśmy wykorzystać. Chłopaki wcześniej już ogarnęli podłogi, także można było z powodzeniem zagospodarować dwa pokoje na górze. Warunki prawie hotelowe :). Nie licząc ujemnej temperatury w nocy i trzaskających drzwi na wietrze, trzeba przyznać że było przytulnie i klimatycznie. Braki sprzętowe zmusiły mnie do spania w trzech letnich śpiworach, co dało całkiem niezły efekt bo było naprawdę ciepło.



Spaliśmy dłużej niż planowaliśmy, podróż dała się nam we znaki. Po porannym ciepłym posiłku udaliśmy się na punkt docelowy rozwieszania highline'ów. W zasadzie były to dwa oddzielne miejsca. Pierwsze z nich znajdowało się nieopodal samego Ostrova, jakieś piętnaście minut spacerem w górę zbocza doliny chłopaki z Niemiec zamotali highliny długości 45 metrów oraz 56 metrowego I land cruising. Tam gdzie my stacjonowaliśmy, czyli około czterech kilometrów dalej wisiał 10 metrowy Windchill i miał zawisnąć 18 metrowy Dogga (nazwa nieoficjalna, wzięta od nazwy turni). Ze stromego zbocza doliny rozpościerał się przepiękny widok na miasteczka usytuowane niżej. Dokładniej mówiąc, był to klif zbudowany z piaskowców wysokości około 20-30 metrów oraz pojedyncza turnia wysunięta nieco dalej która wyraźnie przeciwstawiała się procesom erozyjnym.
Początkowo wisiał jedynie krótszy Windchill, którego nazwa wzięła się od bezustannie wiejącego wiatru od strony doliny w górę zbocza (nazwał go tak Christian zainspirowany zdjęciem zrelaksowanego Honzísa leżącego na highline z lonżą, która zamiast swobodnie zwisać, była poziomo odchylona przez wiatr). Dogga zawisł dopiero około godziny 16, kiedy słońce chyliło się już ku zachodowi.



 Gdy dotarliśmy na miejsce niezwłocznie założyłem uprząż i czekałem na swoją kolej do wejścia na krótszy highline. Wstałem bez większych problemów i przeszedłem Windchilla OS FM. Postanowiłem polatać troszkę na lonży celem przyzwyczajenia się do tego na tyle, żeby odsunąć jak najdalej na bok strach przed spadnięciem z taśmy. Wiało niemiłosiernie, pojedyncze podmuchy wiatru popychały tak że trzeba było porządnie się zaprzeć aby utrzymać równowagę. Jak rzuciłem z całej siły skórkę od banana przed siebie to niespodziewanie prawie dostałem nią centralnie w twarz, wróciła pchana wiatrem (było przy tym sporo śmiechu). Taki podmuch podczas chodzenia highline dawał niezły zastrzyk adrenaliny! Świetne uczucie, chyba pierwszy raz spodobał mi się silny wiatr towarzyszący uprawianiu slackline.
Trzeba przyznać że było dość mroźno, w dodatku wiatr potęgował niską odczuwalną temperaturę. Ubrania Berghaus sprawdziły się w tych warunkach na medal, dobrze izolowały a wysoka wiatroszczelność okazała się błogosławieństwem, w zasadzie tylko dzięki temu mogłem cieszyć się tym przyjemnym obliczem wiatru na highline.


Po mnie swoich sił spróbowała Madzia. Niestety wiatr nie był jej sojusznikiem i skutecznie zniechęcał ją podczas każdej próby wstania z taśmy. Poddała się po dość długich i psychicznie wyczerpujących próbach przełamania się... do końca dnia Magda była wyraźnie zawiedziona i przygaszona. Doskonale znałem to uczucie po Bolechowicach, nie życzę tego nikomu.



Przez prawie cały dzień, na turni trwało motanie dłuższej taśmy. Dużo czasu zajęły same próby dostania się tam, gdyż trzeba było wspinać się bez asekuracji dość spory odcinek (pierwsza wpinka była na wysokości około 20m). Rafał po kilku próbach podołał zadaniu, udało mu się dojść do wpinki, dalej zostało już plus minus 7m skały.


Chłopaki uporali się ze wszystkim do godziny 16-tej. Chris pierwszy przywiązał się do lonży i po kilku próbach przeszedł kilka razy. Pod koniec chodzenia Chrisa zaczęło się bardzo szybko ściemniać. W momencie jak sam wszedłem na taśmę było już dość ciemno i zerwał się jeszcze większy wiatr. Od razu przypomniały mi się Bolechowice, choć teraz warunki były jeszcze gorsze. Postanowiłem odegrać się za tamtą porażkę i wstałem prawie od razu, odrzucając niepewność i strach na bok, nie pozwalając podświadomości trzymać mnie w bezruchu. Wstałem i ... przeszedłem Dogga on sight full man przy bardzo trudnych warunkach. Byłem przeszczęśliwy! Udało mi się pokonać tą barierę, teraz mogłem w pełni cieszyć się czystą, euforyczną przyjemnością płynącą z highline!
To przejście nauczyło mnie, że im szybciej wstaniesz, tym bardziej pewny siebie będziesz później. Wycisz swój drugi umysł, nie pozwól podświadomości tobą manipulować, pokonaj samego siebie. Wewnętrzna blokada znika w momencie przełamania się. Nic nie smakuje lepiej, jak uczucie zwycięstwa nad własnymi słabościami.



Do końca dnia zachowywałem się tak, jakby ktoś mi wstrzyknął dożylnie skrajną dawkę endorfin. Wieczorem usiedliśmy z ekipą nad stawem znajdującym się pod pubem i spijając zwycięskie piwa wspominaliśmy miniony dzień.

Kolejnego dnia wcześnie rano dotarliśmy ponownie na to samo miejsce co poprzednio. Planowaliśmy zajrzeć na drugą miejscówkę, ale zasiedzieliśmy się tutaj a później czas nam już nie pozwolił (Christian był tam od rana i udało mu się przejść 45m!). Na miejscu czekali na nas chłopaki z Niemiec. Lukas kręcił materiał do filmiku a Anatolij skoczył z dłuższego highline na lonży długości 7,5m! Tego dnia było już sielankowo, wiatr był lżejszy, wyszło słońce, lecz nadal było chłodno. Katowałem oba highliny, próbowałem kleić swoje pierwsze highlinowe tricki i w pełni delektowałem się wiszącą w powietrzu, pozytywną atmosferą. Magda po kolejnych długich chwilach przełamywania się w końcu wstała! Zrobiła kilka kroków które naszprycowały ją do reszty pozytywną energią. Była przeszczęśliwa i wszyscy włączając ją samą byli z niej bardzo dumni! Tak jak pisałem wcześniej, nic nie smakuje lepiej, jak uczucie zwycięstwa nad własnymi słabościami.



Johannes zaliczył tego dnia ładne przejście Doggi, gratulacje! Rafał jak tylko nauczy się chonga będzie cisnął highliny na potęgę! Miał dokładnie ten sam syndrom co Magda pierwszego dnia oraz ja w Bolechowicach. Prędzej czy później przychodzi ten czas, w którym paniczny strach towarzyszący highline przeradza się w najprzyjemniejsze uczucie jakiego doznaliśmy w życiu.



Uczucie to jest nie do opisania. W pełni możemy panować nad strachem, jest on ale obok nas, im jest straszniej tym uczucie które nas przepełnia jest silniejsze. Zamienia się to z paraliżującej paniki w motywujące wyzwanie. Jeśli dodać do tego muzykę, piękną okolicę taką jak Ostrov, nastrój tam panujący i ludzi którzy go tworzą, miejsce to zamienia się na te krótkie chwile w swoisty raj a emocje które nas przepełniają tworzą czyste, pierwotne szczęście. Tak właśnie było przez cały drugi dzień.



O godzinie 15-tej zaczęliśmy wszystko zwijać. Wieczorem byliśmy już w naszym "hotelu", zjedliśmy coś ciepłego i około 20-tej ruszyliśmy w podróż powrotną. Droga była spokojna, Dominik wraz z Magdą spali prawie cały czas z tyłu samochodu a Rafał dzielnie trwał w roli pilota. Praktycznie zerowy ruch pozwolił nam dotrzeć do domu w niecałe siedem godzin.

Ostrov był totalną rewolucją. Poznałem tam highline z tej najważniejszej, esencjonalnej strony. Nie mogłem doczekać się kolejnego wyjazdu! Już następnego dnia po przyjeździe czułem, że totalnie się od tego uzależniłem. Ewidentnie, bez żadnych wątpliwości to jest to co kocham.

Chciałem serdecznie podziękować całej ekipie za towarzystwo, świetnie spędzony czas i przede wszystkim motywację! Dziękuję również firmie Berghaus za udostępnienie mi świetnego sprzętu który sprawdził się wprost idealnie! Mała waga, wiatroszczelność oraz wysoka kompresyjność kurtek idealnie sprawuje się na wyjazdach highline. Ciężkie ubrania ciążą na rękach oraz barkach podczas chodzenia na slackline co powoduje o wiele szybsze męczenie się trzymających równowagę rąk. Moja kurtka jest jednak tak lekka że praktycznie jej na sobie nie czułem.

Osobne podziękowania za wspaniałą prezentację i piękne zdjęcia należą się Dominikowi!



Highline jest zbyt piękny, by się na niego blokować.




Ostrov Highline from Dominik Kapusta on Vimeo.

piątek, 5 listopada 2010

Rok 2010 - Podsumowanie

Rok 2010 był bardzo intensywny jeśli chodzi o slackline. Postaram się przytoczyć tutaj najważniejsze wydarzenia, imprezy, festiwale i wszystko co wywarło istotny wpływ oraz miało dla mnie duże znaczenie w sferze slackline, wliczając okres od którego to się zaczęło.

Można powiedzieć że moja przygoda ze slackline miała dwa początki. Pierwszym był rok 2008 - pierwszy filmik slackline, pierwsza taśma, pierwsze sklejone tricki. Drugim był początek roku 2010 - pierwsze poważne spojrzenie na ten temat i stopniowe ruszenie z ciężkim treningiem. Na początku był tylko trickline, braki sprzętowe uniemożliwiały mi rozwój w longline. Wiosną poznałem mojego przyjaciela – Pigmeja, gościa z Łodzi który w slackline siedział już od 2006, jednak mało intensywnie. Wtedy właśnie zaczęły się pierwsze próby longline na czterotonowej, okropnie ciężkiej taśmie transportowej szerokości 3.5 centymetra. Moim rekordem było wtedy coś koło 30 metrów :) highline był dla mnie kompletnie nieznanym tematem.

Wszystko zaczęło rozkręcać na imprezach sportowych gdzie zjawialiśmy się razem z Gibbonem. To było ciężkie ciśnięcie tricków :) przykładowe imprezy:

Kielce [zimowe targi outdoor]
Zawoja [zawody free tour]
Dąbrowa Górnicza [Extreme Summer]
Poznań [Impreza w szkole podstawowej oraz pokaz promocyjny dla intersportu]
Łódź [Extreme Summer]
Warszawa [pokaz dla intersportu]


Gibbon w Zakopanym


Razem z wakacjami przyszły slackfesty. Ominęło mnie niestety kilka, ale załapałem się za to na te najważniejsze.

Pierwszym z nich był Bisik [Czechy]. Swoista rewolucja jeśli chodzi o moje podejście do slackline. Oprócz tych wszystkich pozytywów płynących z samego sportu jako takiego, pojawiła się nieziemska otoczka jemu towarzysząca. Ludzie tworzyli idealną atmosferę a pozytywna energia emanowała nieustannie na wskroś całego festiwalu. Oprócz tego pierwszy raz poczułem co to znaczy highline. Zakochałem się w tym przerażającym uczuciu. Dodatkowy klimat budowały czeskie piaskowcowe "wieże" wyłaniające się z pomiędzy konarów drzew. Po przejściu pierwszego highline'a [Bisik highline, 9m, za drugim podejściem pyknął Full-man] mogłem stać na jednej z nich i wpatrywać się w horyzont w nieskończoność, znajomi sporo się namęczyli żeby mnie stamtąd ściągnąć :)
Nie zabrakło też konkursu trickline, ale pech chciał że w czasie jego trwania zajadałem się przysmakami czeskiej kuchni parę kilometrów dalej...
W Bisiku pobiłem swój rekord longline przechodząc taśmę długości 55 metrów (rekord to trochę duże słowo w tym przypadku).

Highline Bisik
widok z dołu
Highline Bisik




Kolejny slackfest, Chemnitz [Niemcy].
Zaskakująco duży festiwal na który zjechało się spore grono światowej klasy slacklinerów! Razem ze znajomymi dotarłem na miejsce o godzinie około 6 rano po ośmiogodzinnym prowadzeniu autka. Po krótkim śnie, śniadaniu i krótkiej rozgrzewce zapisałem się na zawody trickline. Konkurs wystartował po południu. Zająłem 4 miejsce (1. Lukas Irmler 2. Michael Ashaber 3. Helmar Fasold). Drugiego dnia był konkurs skoku wzwyż, w którym wywalczyłem 1 miejsce! O ile pamiętam, skok finałowy był na wysokość 170cm. Po całym konkursie, razem z Flo próbowaliśmy skoczyć jeszcze więcej. Skończyło się na przeskoczeniu przeze mnie 2 metrów.




Po konkursach nadszedł czas na longline. Na początku po kilku próbach udało mi się przejść 70m, następnie po dłuższych zmaganiach przeszedłem 90m longline na dość ciężkiej taśmie.

Niestety równolegle do festiwalu mój przyjaciel z którym szedłem łeb w łeb – Marvin, niefortunnie zeskoczył saltem w tył z taśmy skręcając kolano. Kontuzja uniemożliwiła mu ćwiczenie przez długi czas, oraz sprawiła że Marvin ostatecznie wycofał się z uprawiania slackline.


Kolejnym festiwalem jest Urban Highline w Lublinie. Odbyły się tam spore zawody trickline, ale niestety moja forma nie była w najlepszym stanie i dość szybko odpadłem. W lublinie udało mi się przejść longline 93m oraz po wieeelu próbach highline 21m. Ostatniego dnia festiwalu przełamałem strach towarzyszący highline, udało mi się go zmanipulować. Można powiedzieć że to był mój przełomowy moment :)







Wprowadzenie w środowisko slackline i w pierwsze slackfesty w pełni zawdzięczam Karolinie Lis "Neiko" !

Wartym wspomnienia jest spontaniczny wypad do Wrocławia razem z Neiko i Madzią. Po dotarciu na miejsce dowiedzieliśmy się że akurat chłopaki (Damian z Kornym) rozwieszają high/midline'a nad odrą i oczywiście zdecydowaliśmy dołączyć. Highline miał długość około 15m i udało mi się go pokonać on sight, full man, co było niesamowitym uczuciem. Następne dwa dni pobytu we Wrocławiu to slack przez całe dnie przy panoramie oraz wieczorna impreza na wyspie słodowej :)



Przez całe wakacje oraz we wrześniu prowadziliśmy warsztaty slackline w Łódzkim parku Poniatowskiego. Muszę przyznać że była to dość męcząca inicjatywa (szczególnie jak rój dzieciaków obsiadał taśmy), ale z drugiej strony nie ma nic lepszego niż dzielenie się z innymi swoją pasją. Planujemy pociągnąć również jakieś warsztaty zimą na sali. Nie jest jednak łatwo znaleźć salę z odpowiednimi warunkami, zarówno tymi potrzebnymi do bezpiecznego ćwiczenia, jak i tymi skutecznie wyszczuplającymi portfele.

Oprócz tego miałem przyjemność prowadzić szkolenia dla sprzedawców sklepów Intersport w Polsce. Odbyły się one w takich miastach jak Poznań, Kraków czy Katowice.



We wrześniu do Łodzi wpadł Janek Gałek! Długo oczekiwana sesja trickline była nieziemska w skutkach. Oboje motywowaliśmy się nawzajem, wymyślaliśmy coraz to bardziej skomplikowane tricki a co za tym idzie mieliśmy duuuży postęp.


W takim razie, co teraz?
W tej chwili wraz z ekipą planujemy kilka zimowych wyjazdów highline'owych, najbliższy z nich będzie w połowie listopada. Oprócz tego prawdopodobnie pojawimy się wraz z Gibbonem na Krakowskim Festiwalu Górskim. Jedyną opcją na trenowanie zimą jest slack rozwieszony na znajomej ściance wspinaczkowej, ale mimo to szukamy lepszej lokalizacji ze względu na nie do końca sprzyjające tam warunki. Jestem otwarty na wszelkie propozycje :) Poza tym próbuję swoich sił w konkursie King of slackline 2010, obecnie trwa 9 runda a poziom jest bardzo wysoki. Zobaczymy co z tego wyjdzie :)