Zapraszam na PIKNIK SLACKLINE organizowany przez ekipę SLACKHOUSE!
Impreza odbędzie się w dniach 14-15 maja w Tomaszowie Mazowieckim na terenie Parku Linowego nad Pilicą! Więcej informacji o imprezie oraz obowiązkowa rejestracja na stronie internetowej www.picnic.slackhouse.pl.
Oprócz tego podsyłam krótkie podsumowanie ostatniego treningu:
wtorek, 22 marca 2011
wtorek, 15 marca 2011
Nowości
Po targach ISPO 2011, razem z resztą ekipy Slackhouse, ruszyliśmy pełną parą z przygotowaniami do sezonu. Zaczęło się od przygotowania sali do warsztatów oraz ostrych treningów. Obecnie stacjonujemy w CARNIVAL - Otwartej przestrzeni cyrkowej w Łodzi. Tam też odbywają się warsztaty slackline prowadzone przeze mnie (wtorki godzina 18:00 - 19:30, więcej info na stronie Carnival). Co więcej, w piątek 18.03 od godziny 19:00 odbędzie się seria pokazów z okazji oficjalnego otwarcia Carnival! Miejsce: Łódź, ulica Siewna 15 (budynek Vera - Sport, czwarte piętro). Oczywiście razem z ekipą przygotowujemy pokaz slackline!
Oprócz tego chciałbym serdecznie podziękować firmie KRK Protection za udostępnienie mi genialnych ochraniaczy KRK Asfalt piszczele. Ochraniacze są idealne do slackline, sprawdzają się przede wszystkim w combach z użyciem double knee drop. Koniec z pozdzieraną skórą oraz bolesnymi odgnieceniami na piszczelach :) polecam każdemu ten sprzęt, jest świetny.
A teraz coś grubego... Załatwiajcie sobie wolne w dniach 14-15 maja! Szykuje się spory piknik slackline w Tomaszowie Mazowieckim organizowany przez Slackhouse! Przewidziane takie atrakcje jak waterline, longline, trickline, zawody z nagrodami, chusta wertykalna czy miasteczko kuglarskie! Strona imprezy oraz szczegóły na dniach. Jeśli chcesz pomóc, pisz na info@slackhouse.pl!
A teraz coś grubego... Załatwiajcie sobie wolne w dniach 14-15 maja! Szykuje się spory piknik slackline w Tomaszowie Mazowieckim organizowany przez Slackhouse! Przewidziane takie atrakcje jak waterline, longline, trickline, zawody z nagrodami, chusta wertykalna czy miasteczko kuglarskie! Strona imprezy oraz szczegóły na dniach. Jeśli chcesz pomóc, pisz na info@slackhouse.pl!
czwartek, 3 marca 2011
ISPO 2011
Dnia 6 lutego siedziałem w samochodzie kierującym się prosto na targi ISPO pod Monachium. Stało się, sytuacja na uczelni była sprzyjająca, nie było już nic co mogło mnie zatrzymać. Co więcej, kilka dni przed targami dostałem e-mail od Nadii Kowalow, mówiący, że kwalifikacje do zawodów przełożone są na poniedziałek. Oznaczało to, że bez problemu będę mógł wystartować! Wszystko szło z górki, jakby tak miało być. Jadąc na to jedno z większych wydarzeń slacklinowych na świecie mało myślałem o tym co mnie tam czeka. Fakt, że miałem spotkać najlepszych slacklinerów z całego świata, których dotychczas podziwiałem tylko na filmach, wydawał mi się dziwnie odległy, nierealny.
Gdy przyszedłem na stoisko, w pierwszej kolejności spotkałem Nadię, następnie trafiłem na Andy’ego Lewisa. Człowiek, który zainspirował mnie do uprawiania slackline stał teraz przede mną uśmiechając się i wyciągając do mnie rękę. Niesamowite uczucie, od razu wiedziałem, że moje miejsce znajduje się wśród tych ludzi. Następnie przyszedł czas aby wejść na taśmę i postawić swoje pierwsze kroki po zimowym zastoju. Nie było źle, dość szybko przypominałem sobie poszczególne tricki, aż nagle przy nietrafionym atomic buttbounce zeskoczyłem obok taśmy na ziemie, zrobiłem raptem jeden dłuższy krok podczas którego moja stopa dziwnie się podwinęła. Lecąc z impetem obciążyłem wygiętą stopę i usłyszałem nieprzyjemny trzask w stawie. Później tylko piekący ból i fala gorąca. Pomyślałem – poczekam chwilę i przejdzie – ale po zdjęciu buta zobaczyłem, że wcale nie jest tak kolorowo. Kostka puchła. Po krótkim czasie udawania przed samym sobą, że wszystko jest ok, oraz paru prostych trickach zakończonych bardzo boleśnie, dotarło do mnie że skręciłem kostkę. Wściekłem się niesamowicie! W życiu, W ŻYCIU nie skręciłem kostki! Dlaczego teraz?! Na szczęście w ekipie Gibbona nie brakuje fizjoterapeutów, Maria oraz Maik szybko się mną zajęli. Po kilku okładach z lodu, zamrożeniu kostki i założeniu stabilizatora okazało się, że nie ma tragedii. W efekcie mogłem z powodzeniem skakać i wykonywać większość tricków. Jednak nadal pozostawał dyskomfort, lekki ból i wykluczenie kilku tricków z repertuaru, co jednak nie powstrzymało mnie od wystartowania w popołudniowych eliminacjach. Nie byłem jedyną osobą która miała pecha tego dnia. Gappai w podobny sposób uszkodził sobie łokieć. Było to znacznie poważniejsze od mojego skręcenia. Wykluczyło go to praktycznie z zawodów, a przyleciał z Japonii i był jednym z faworytów. To dopiero pech... Jestem pewny, że następnym razem Gappai pokaże klasę.
Zasady obowiązujące na zawodach:
Zarówno eliminacje jak i finały były rozgrywane w systemie "pucharowym" - 1 na 1. Każdy z zawodników ma 2 minuty do wykorzystania na taśmie. Jeden zawodnik rozpoczyna, czas start w momencie wejścia na taśmę, stop w momencie zejścia / spadnięcia. Następnie wchodzi drugi zawodnik i tak w kółko do wykorzystania puli czasu każdego z zawodników. Po takim występie trzyosobowe jury wyłaniało zwycięzcę na podstawie następujących kryteriów: styl, technika, amplituda (wysokość wykonywanych tricków), kreatywność. Zasady według mnie bardzo dobre, jedyny ich minus to trafienie na faworyta w kwalifikacjach, choć w wypadku wysokich notowań osoby przegranej, miała ona nadal szansę dostać się do finałów.
Eliminacje (pogrubiona czcionka - zwycięzca):
Frankie Najera (USA) - Petr Kučera (Czechy)
Florin Limbovici (Rumunia) - Nick Ten Hoopen (Holandia)
Toru Osugi 'Gappai' (Japonia) - Emily Sukennik (USA)
Michael Payton 'Alpha Mike' (USA) - Samuel Bucher (Austria)
Elisabeth Schulte (Niemcy) - Stefan Durst (Niemcy)
Maurice Wiese 'Momo' (Niemcy) - Jaan Roose (Estonia)
Andy Lewis (USA) - Tim Hirtle (Niemcy)
Pierwsza runda eliminacji – padło na mnie. Moim przeciwnikiem był Ezequiel Troncoso z Hiszpanii, którego nie widziałem wcześniej w akcji i zupełnie nie wiedziałem czego mam się spodziewać. Ku mojemu własnemu zdziwieniu, udało mi się skleić wszystko to co chciałem! Łącznie z atomic backbounce na samym końcu. Byłem co najmniej usatysfakcjonowany. Jednak Ezequiel również dał niezły popis, przede wszystkim tricków statycznych oraz wysokich grabów. Udało mi się wygrać tę rundę i przejść do finałów.
Z występów innych par wartą komentarza nowością jest pierwsze i zarazem zwycięskie wystąpienie Florina z Rumunii przeciwko Nickowi z Holandii! Nick jest doświadczonym slacklinerem, brał udział w niejednych zawodach. Jednak wysokie, zapierające dech w piersiach atomic chest/buttbounce oraz długie skomplikowane połączenia buttbounce / chestbounce z różnymi wariacjami dały Florinowi mocne zwycięstwo i zarazem awans do finałów.
Runda Gappai z Emily była rundą symboliczną, Gappai nie chciał po prostu wracać do kraju nie biorąc nawet udziału w zawodach. Parę nieziemsko rozpoczętych kombinacji w jego wykonaniu kończyło się niestety nie ustaniem ich ze względu na niefortunną kontuzję łokcia i problemy z balansowaniem tą ręką. Emily sklejając kilka imponujących kombinacji tricków statycznych wypracowała sobie zwycięstwo.
Występ Elle przeciwko Stefanowi pokazał, że dziewczyna ta ma niesamowity potencjał. Wie na co ją stać i na jakie tricki może sobie pozwolić podczas zawodów. Klei praktycznie wszystkie rozpoczęte kombinacje i choć nie należą one do tych najbardziej 'hardcorowych', to sklejone są bardzo technicznie i precyzyjnie.
Andy Lewis - Frankie Najera
Michael Payton 'Alpha Mike' - Emily Sukennik
Elisabeth Schulte - Maciej Borucz 'Bor'
Florin Limbovici - Maurice Wiese 'Momo'
Należy skomentować występ Elisabeth Schulte przeciwko mnie. Tak jak pisałem wyżej, ustała praktycznie każde rozpoczęte kombo. Ja nie ustałem żadnego, wszystko kończyło się wyjściem na taśmę na nogi, utratą równowagi i spadnięciem. Poszło mi znacznie gorzej niż w eliminacjach. Kostka dała o sobie wyraźnie znać po obciążających ją eliminacjach. Elle tak czy inaczej odniosła zasłużone zwycięstwo, byłem pełen podziwu dla jej umiejętności oraz lekkości z jaką wykonywała tricki.
Półfinał:
Andy Lewis - Michael Payton 'Alpha Mike'
Elisabeth Schulte - Maurice Wiese 'Momo'
Finał:
Andy Lewis - Maurice Wiese 'Momo'
Walka w finale była niesamowicie wyrównana. Hat tricki w wykonaniu Momo dały mu wielką przewagę jeśli chodzi o kreatywność, podnosił podczas chestbounce czapkę która spadła mu przy wcześniejszym backflipie czy przekładał ją w locie pod nogą - nadało to unikalnego stylu jego wystąpieniu. Oprócz tego skleił sick nasty, sick nasty to sticky buttbounce oraz backflipa. Andy natomiast latał pod sam sufit, wysokości które osiągał wydawały się wręcz nierealne. Zapunktował również ciekawymi trickami takimi jak backbounce mount, buttbounce to frontflip to buttbounce, buttbounce 540, atomic chestbounce z salutowaniem w locie, atomic buttbounce z klaśnięciem w locie pod każdą nogą z osobna. Na koniec tradycyjnie podjął próbę double backflipa która jak zwykle skończyła się niedokręceniem drugiego salta. Jednak jak to u Andiego bywa, wstał tylko i otrzepał się bez pojedynczego grymasu na twarzy. Całokształt wystąpienia Andiego dał mu nieznaczną przewagę nad Momo i w rezultacie zwycięstwo!
Runda dodatkowa o 3 miejsce:
Elisabeth Schulte - Michael Payton 'Alpha Mike'
Wyczekiwanie na ten werdykt jury dłużyło się mi najbardziej na tych zawodach, co więcej, ogłoszenie go opóźniało się ze względu na trudność w podjęciu decyzji! Elle znowu skleiła dosłownie wszystko czego się podjęła, natomiast Mike odzyskał przewagę dopiero po sklejeniu frontflipa, wcześniej dość często spadał. Finalnie oboje byli na podobnym pułapie i nie byłbym zaskoczony, gdyby to Elle wygrała! Jednak zabrakło jej kilka punktów do Mike’a, który ostatecznie zajął 3 miejsce w zawodach. Elisabeth tym samym zajęła 4 pozycję.
Klasyfikacja końcowa:
Andy Lewis
Maurice Wiese 'Momo'
Michael Payton 'Alpha Mike'
Elisabeth Schulte
Mimo że mój występ w finałach nie był najlepszy, jestem jak najbardziej zadowolony z przebiegu zawodów. Wiem teraz nad czym powinienem popracować, oraz jak dokładnie rozkładać swoje siły. Moja motywacja sięga teraz zenitu. Ciągle nie mogę wyjść z podziwu odnośnie Elisabeth. Udowodniła ona, że granica między mężczyznami a kobietami jeśli chodzi o slackline powoli zaczyna się zacierać. Elle jest moim zdaniem jedną z lepszych, jak nie najlepszą tricklinerką na świecie.
Klimat panujący na całych targach, a w szczególności na zawodach jest nie do opisania. Zapewne jest to też kwestia gustu, jednak ja osobiście czuję, że jestem do tego stworzony. Z jednej strony jest to rywalizacja, pewnego rodzaju konkurencja między poszczególnymi osobami, z drugiej jednak strony wzajemna motywacja, wsparcie, oklaski, gratulacje oraz wszechobecny uśmiech nadaje temu wszystkiemu wyjątkowo silną moc jednoczenia ludzi. Słowa te nie oddają tego co tam się działo nawet w najmniejszym stopniu. Świetnie widać to na filmie z zawodów, do którego odnośnik znajduje się poniżej.
wtorek, 18 stycznia 2011
Nowinki
Wielkimi krokami zbliżają się targi sportowe ISPO pod Monachium, gdzie swoje stoisko wystawia Gibbon, organizując przy okazji zawody trickline na najwyższym poziomie. Pojawią się tam wszystkie najważniejsze tricklinowe (i nie tylko) postaci z całego świata. Z ogromnym uśmiechem na twarzy odczytałem wczoraj maila z zaproszeniem na ISPO! Moje uczestnictwo zależy tylko i wyłącznie od terminów egzaminów w sesji, jednak jak na razie wszystko idzie po mojej myśli. Jako, że Janek Gałek jeździ obecnie po USA, chodząc więcej po taśmie niż po ziemi, można śmiało powiedzieć że zawitam na targi jako jedyny reprezentant Polski. Mam tylko nadzieję, że uda mi się godnie sprostać zadaniu :)
Firma Berghaus oficjalnie przyjęła mnie pod swoje skrzydła! Relacja z Ostrova pojawiła się na polskiej stronie firmy, a informacja o moim wstąpieniu do "Atletów" Berghausa zawitała na oficjalną stronę!
Relacja
Info na oficjalnej stronie
czwartek, 6 stycznia 2011
Gibbon King of Slackline 2010
Konkurs King of Slackline zakończony.
Jest miejsce na podium! Udało mi się wywalczyć trzecie miejsce, choć niewiele brakowało do drugiego :) szczegóły niżej.
Zwycięzcą jest Gappai z Japonii! Jak najbardziej zasłużył na to, jest świetnym tricklinerem a na taśmie ma niesamowite flow, pozazdrościć kreatywności!
Drugie miejsce należy do Jaana Roose z Estonii
Trzecie miejsce zająłem ex aequo z Hiroyuki Kusakari z Japonii oraz Moritzem Gatto z Niemiec
Oto kolejne rundy konkursu:
Runda 12, którą ustał tylko Gappai, to nieziemskie combo fs540 -> fs180 -> fs buttbounce 540
A oto dogrywka o 2 i 3 miejsce, która polegała na sklejeniu kolejno jak największej ilości rund bez schodzenia z taśmy. Miałem dwa dni nagrań, pierwszego dnia udało mi się przebrnąć przez 8 rund - spadłem przy backflipie. Drugiego dnia udało mi się ustać backflipa i spadłem przy frontflipie! Dało by mi to drugie miejsce, lecz zaraz po zejściu z taśmy zorientowałem się, że po drodze zapomniałem o jednym, prostym tricku (invert kneedrop spin). Było rozczarowanie, ale też duuużo śmiechu :)
Konkurs był utrzymany na bardzo wysokim poziomie, wszyscy byli zaskoczeni umiejętnościami zawodników, którym nie straszne były takie ewolucje jak flipy czy skomplikowane comba. Jeszcze raz gratuluję Gappai oraz dziękuję wszystkim za zaciętą rywalizację!
środa, 5 stycznia 2011
Warszawa - Gazownia
Niedługo po highline'owym spotkaniu w Ostrovie Christian znów miał zawitać do Łodzi. Oczywiście wiązało się to z realizacją jakiegoś ciekawego projektu highline. Po przemyśleniu kilku opcji highline'owych w Łodzi wpadłem na pomysł aby zastanowić się nad zapomnianymi już projektami które podesłał mi Pigmej w wakacje 2010. Dostałem wtedy od niego link do strony internetowej z opisami opuszczonych miejsc w Polsce, gdzie trafiliśmy na kilka nieźle wyglądających budynków. Jeden wyjątkowo rzucił mi się w oczy, bryła oraz konstrukcja tego monumentalnego budynku błagała wręcz o to, żeby rozpiąć tam taśmę. Była to opuszczona gazownia na warszawskiej Woli. Kompleks składał się z dwóch budynków o okrągłej podstawie średnicy 50 metrów i wysokości około 25 metrów. Planowaliśmy rozwiesić jedną taśmę między dwoma budynkami (odległość około 20 metrów) oraz jedną przez sam środek jednego z budynków.
W sobotę 27 listopada około godziny 12 docieramy wraz z Dominikiem i Rafałem na miejsce. Parkujemy przy samej gazowni i od razu dostrzegamy czekającego na nas Christiana, który z zawsze towarzyszącym mu serdecznym uśmiechem na twarzy wita nas z entuzjazmem. Udając, że nie wiemy o tym, iż budynek to własność prywatna, strzeżona przez niezbyt spostrzegawczego pana w stróżówce, wchodzimy przez niedbale zabezpieczoną drutami kolczastymi dziurę w ogrodzeniu. Krótki i w miarę bezgłośny obchód kompleksu przyniósł nam kilka ważnych informacji. Po pierwsze, poziom podłogi budynku jest jakieś 7-8 metrów poniżej poziomu gruntu przy wejściu. Po drugie, w mniejszym budynku rozwieszenie highline'a będzie znacznie prostsze. W tym drugim na dole stoi woda, w oknach są resztki szyb, których nie wypada wybijać, wilgoć dała się we znaki drewnianej podłodze na tarasach a kawałki zgniłych desek odłamują się raz na jakiś czas od dachu wpadając z chlupotem do wody poniżej. W mniejszym budynku było zupełnie sucho a na najwyższym tarasie powyżej ostatniego poziomu okien, tuż pod wyraźnie odnowionym dachem, znajdowały się stalowe wzmocnienia które były idealnym stanowiskiem pod highline. Po trzecie, nie zanotowaliśmy jakiegokolwiek ruchu w okolicach stróżówki, co było dobrą nowiną bo nasz plan mógł lec w gruzach gdyby ktoś nas przyłapał.
Wygląd budynków z zewnątrz budził szacunek, a wewnątrz odejmował mowę i zapierał dech w piersiach. Gdy stawało się w drzwiach wejściowych i naszym oczom ukazywała się w pierwszej chwili 8 metrowa dziura w ziemi a następnie olbrzymia, przytłaczająca pusta przestrzeń ograniczona ceglanymi ścianami okalanymi przez wątłe tarasy, odruchowo chciało się zrobić krok w tył, tak na wszelki wypadek. Wchodząc na górę po schodach szerokości jakichś 40cm efekt przytłoczenia coraz bardziej się pogłębiał. Na samą myśl o highlinie w tym miejscu przechodził po plecach straszny a zarazem przyjemny dreszczyk. Podłoga była w większej części solidna, lecz gdzieniegdzie brakowało desek lub były wyraźnie nadłamane. Poręcze były raczej godne zaufania choć również zdarzały się miejsca gdzie były wyraźnie obluzowane. Ostatni taras pod dachem był w najgorszym stanie, tam było już dość sporo luk w podłodze oraz obluzowanych desek. Przemieszczanie się nie było takie złe ale jednak trzeba było uważnie patrzeć pod nogi.
Warto wspomnieć o niesamowitej akustyce budynku – każdy dźwięk był kilka razy głośniejszy niż powinien być i niósł za sobą długie, doniosłe, psychodeliczne echo. Wszystko to potęgowało specyficzną i wyjątkową aurę tego miejsca
W ciągu dnia dołączyła do nas znajoma Christiana – Claudia, u której nocowaliśmy. Przemiła i gościnna pół Dunka pół Polka z ciekawym poczuciem humoru oraz spontanicznym podejściem do wszystkiego na około. Trudno ją opisać, jest zupełnie nieszablonowa. Dawno nie spotkałem osoby którą otaczała by tak zagadkowa aura.
Rozwieszanie highline było stosunkowo proste, jednak nie obyło się bez głupich pomyłek które wydłużyły cały proces (przykładowo przed naciąganiem backupu oraz taśmy zorientowaliśmy się że zapomnieliśmy o ringach). Podczas samego naciągania highline'a układające się na metalowych wzmocnieniach slingi głośno trzaskały wprawiając w wibracje całą konstrukcję, lecz były to tylko niegroźne drgania metalowych belek. Cała konstrukcja była bezsprzecznie bardzo stabilna. 50-metrowy highline z taśmy white magic oraz z backupem w postaci liny dynamicznej zawisł około godziny 17-tej, kiedy to zaczęło się ściemniać.
Christian jako jedyny spróbował swoich sił jeszcze tego samego dnia. Kilkanaście prób zaowocowało jedynie kilkoma krokami, taśma była dość luźna a samo miejsce po zmroku mocno oddziaływało na psychikę.
Gdy opuszczaliśmy kompleks, pozwoliliśmy sobie stanąć na krótką chwilę w drzwiach wejściowych do drugiego budynku. To co zobaczyliśmy całkowicie nas onieśmieliło. Budowla nabrała aury starej, opuszczonej Katedry. Snop światła wpadający przez okna oraz nieregularne dziury w dachu odbijał się od tafli czarnej jak smoła wody na dole, dając efekt niesamowitej głębi. Wydawało się że bryła budynku jest równie głęboka co wysoka.
Wieczorem zawieźliśmy rzeczy do domu Claudii. W domu panowała ciekawa, mistyczna atmosfera. Na ścianach wisiały w segregatorowych koszulkach wydrukowane rozmaite cytaty, zazwyczaj o głębokim, życiowym znaczeniu. Mama Claudii miło się przedstawiła i zamieniła z nami kilka słów. Widać było że podziwiała i szanowała to co robimy. Po sytej obiadokolacji wyszliśmy razem z garstką jej znajomych do pubu. Był to niezapomniany czas spędzony w gronie ludzi, gdzie każdy był istnym indywidualistą w jak najlepszym tego słowa znaczeniu (z Claudią na czele). Ku naszemu zdziwieniu zaczął mocno padać śnieg! Około północy była już kilkunasto centymetrowa warstwa białego puchu. Moim postanowieniem na kolejny dzień było wejść na taśmę i... po prostu wstać. Chodziło o samo przełamanie się. Brakowało mi jeszcze doświadczenia żeby przejść ten highline, lecz mimo wszystko śmiało mogłem zmierzyć się z własną psychiką.
Następnego dnia około godziny ósmej byliśmy z powrotem na miejscu. Po czasochłonnym dociąganiu zarówno backupu jak i taśmy, około godziny jedenastej, nadszedł czas na przejścia. Christian rozluźnił się dopiero po kilkunastu podejściach i niewiele zabrakło żeby przeszedł całą taśmę. Krzycząc wściekle spadł jakieś 10 metrów od jej końca. Głos rozniósł się głośnym echem po budynku oraz na zewnątrz.
Czas uciekał, ja z Rafałem musieliśmy wyjechać o godzinie 13tej. Po krótkim naradzeniu się Christian zdecydował że zostaje i sam zdejmie wszystko wieczorem. Razem z Rafałem zaczęliśmy pakować wszystko to co mogliśmy ze sobą zabrać.
Przyszedł czas na mnie. Wcześniej starałem się nie myśleć za dużo o tym highlinie. Uśmiechnąłem się wewnętrznie i przywiązałem się do lonży. Byłem zaskoczony tym jak skutecznie udało mi się uniknąć niepotrzebnych myśli. Zupełnie się odciąłem. Zanim zdążyłem cokolwiek zanotować siedziałem już z jedną nogą na taśmie wykonując chongo. W słuchawkach rozbrzmiał głośno kawałek „Hard Sun” Eddiego Veddera dając mi porządnego kopa pozytywnej energii. Wstałem - po chwili przyszedł czas na krok lecz mocno rzuciło, straciłem równowagę i spadłem łapiąc taśmę z głośnym okrzykiem radości. Spróbowałem jeszcze kilka razy ale niestety czas naglił i po zejściu z taśmy, zamienieniu kilku słów z kompanami i pożegnaniu się nadszedł czas na powrót. Zobaczyliśmy jeszcze tylko próby Claudii która pławiła się w paraliżującym strachu samego siedzenia na highlinie, po czym opuściliśmy budynek i udaliśmy się do samochodu. W drodze powrotnej dopadła mnie refleksja, że w gruncie rzeczy byłem w stanie przejść spory kawałek tego highlina. Jednak z drugiej strony miejsce to budziło tyle emocji, że samo wstanie było dla mnie sukcesem.
Sprzęt znowu sprawdził się na medal. Tym razem odzież narażona była na wystające pordzewiałe metalowe krawędzie, gwoździe i inne elementy o które ciągle zahaczaliśmy. Myślałem że po powrocie odnajdę w kurtce niejedną dziurę i liczne rozdarcia, jednak ku mojemu zdziwieniu nic takiego nie było. Co najwyżej ledwo dostrzegalny ślad na wierzchniej warstwie materiału świadczący że właśnie tutaj zawadziłem gwoździem. Serdeczny ukłon w stronę firmy Berghaus.
Te dwa dni utkwiły mi głęboko w pamięci. Świetne uczucie zrealizować projekt który sami odnaleźliśmy i zaplanowaliśmy razem z Rafałem i Chrisem.
Więcej zdjęć obiektu na stronie: http://www.opuszczone.net/gazownia-warszawa/
Subskrybuj:
Posty (Atom)
























