poniedziałek, 19 listopada 2012

Skalna Korona + trochę wspominek

Po powrocie z 3-miesięcznego tripu hajlajnowego po Stanach Zjednoczonych (https://vimeo.com/16145737) miałem jasno sprecyzowane cele. Miejscem, które odbiło na mnie największe piętno podczas całego wyjazdu i najbardziej mnie zainspirowało, były Yosemity. Mimo że później udało nam się pokonać sporo dłuższych taśm oraz wyrównać ówczesny rekord długości przechodząc Big Boya (67m) w Joshua Tree, to właśnie taśmy na Lost Arrow Spire były tymi najbardziej wymagającymi i najbardziej zapadły mi w pamięć. Obecnie w slacku można zauważyć trend "bicia rekordów". Wszyscy pragną przechodzić coraz dłuższe i dłuższe taśmy. Coraz częsciej jednak zapomina się, że sama długość nie jest jedyną cechą, która wpływa na trudność a już na pewno nie na piękno i intensywność przeżycia. Wysokość, ekspozycja, trudność montażu, siła naciągnięcia taśmy - wszystkie te cechy wpływają na nasze odczucia co do trudności. Sama długość jest tylko jednym z tych czynników. Taśmy na Lost Arrow Spire nie należą do najdłuższych, spoglądając na obecne standardy można wręcz stwierdzić, że są krótkie (17m i 33m). Jednak wysokość, ekspozycja, długie podejście, skomplikowany rigging, otoczenie wielkich ścian - wszystko to wpłynęło na mój odbiór tego przeżycia. Pamiętam, że kiedy siadałem na taśmie rozpiętej blisko 900m nad ziemią, całe moje ciało łącznie z wnętrznościami drżało. Byłem kompletnie przerażony. To była najstraszniejsza rzecz jaką zrobiłem w życiu... do dziś. Wiedziałem, że chcę więcej.

Święty Grall hajlajningu... Fot. Michał Korniewicz

W okresie, w którym byliśmy w Yosemitach, nie wspinałem się dużo. Przechodziłem właśnie pierwszy raz w życiu okres dużego regresu formy, kóry ciągnął się - głównie z przyczyn psychologicznych - przez 1,5 roku. Kiedy jednak stanęliśmy pod ścianą El Capitana i zobaczyłem na własne oczy tego kilometrowego kolosa, w głębi duszy zapragnąłem znów się wspinać. Sam widok tej ściany był tak inspirujący, że postanowiłem zrobić wszystko, żeby kiedyś się na nią wspiąć klasycznie. To pragnienie cały czas siedzi w mojej podświadomości i czuję, że wszystko co robię w moim wspinaniu prowadzi mnie do jego realizacji. Może jeszcze nie w tym roku, ani nie w przyszłym, ale kiedyś na pewno...

Gdy wróciłem ze Stanów, automatycznie musiałem wymyślić sobie kolejne projekty. Pokonywanie coraz dłuższych taśm wiązałoby się z całkowitym poświęceniem dla slacka i skierowania całej mojej uwagi oraz środków finansowych na ten cel. Nie chciałem tego robić, ponieważ za bardzo rozpalała mnie chęć powrotu do wspinania i zdobywania dużych ścian. Postanowiłem więc, że najlepiej będzie połączyć oba te sporty. Rozwieszać hajki w górskich rejonach wielkościanowych, w miejscach do których trzeba się dowspinać. Nie muszą to być najdłuższe taśmy, ale piękne, trudne i inspirujące. Tak, to są projekty dla mnie! Był tylko jeden problem - nie miałem zielonego pojęcia o wspinaniu w górach. Postanowiłem to zmienić. Coraz więcej wspinałem sie w piachach, które moim zdaniem są najlepszym jednowyciągowym polem treningowym przygotowującym do wspinu w górach. Skupiłem się na zdobywaniu doświadczenia w "górskich" formacjach typu rysy, kominy, offwidthy, długie techniczne płyty. Traf chciał, że w czasie kiedy zapragnąłem mocno wspinać się w górach, Polski Związek Alpinizmu ogłosił nabór do tzw. "Grupy Młodzieżowej" (http://gmpza.pl) - programu mającego wprowadzać młodych wspinaczy do wspinania w górach. Idealnie! Udało mi się dostać do tego programu i dzięki temu miałem okazję pierwszy raz powspinać się w Tatrach, w dodatku w zespole z legendą polskiego wspinania - Andrzejem Marciszem. Zakosztowałem także  wspinania zimowego w Tatrach, z ekipą z grupy pojechaliśmy na dwutygodniowy wyjazd wspinaczkowo-hajkowy do Verdonu we Francji (https://vimeo.com/43695301). Razem z Kubą Wrześniem, który też jest członkiem Grupy udało mi się także spełnić jedno z moich wielkich marzeń - wspiąć się na południową ścianę Marmolady we włoskich Dolomitach. Ta ściana jest niesamowita. Morze szarego wapienia o wysokości 1000m i długości 3km. Nie bez powodu nazywana jest Królową Dolomitów. Bez wątpienia tam wrócę i to pewnie jeszcze nie jeden raz.

Wakacyjnie pod Marmoladą
Kiedy jadę wspinać się w skałki, w 95%  przypadków są to piachy. Hejszowina, Labak, Teplice, Adrszpach - w tych rejonach znajduję wszystko, czego mi potrzeba we wspinaniu. Długie wyciągi, kanty, rysy, offwidthy, techniczne płyty, wszystko światowej klasy.
Przy okazji jednego z pobytów w Teplicach, przypomniałem sobie o hajku, którego już od dawna chciałem powtórzyć. W 2009 roku niemiecka ekipa Landcruising jako pierwsza i jedyna dotychczas rozwiesiła 30-metrową taśmę na Skalnej Koronie - 50-metrowej turni znajdującej się na początku najsłynniejszego sektora w Teplicach - Chramovych Stien. Pamiętam, że już wtedy chciałem powtórzyć tę piękną linię, wybrałem się nawet z Łysym do Teplic aby obadać temat. Jednak pierwszy kontakt z teplickimi standardami nie należy do przyjemnych. Aby móc powspinać się na drogach w miarę obitych, trzeba dobrze czuć się na poziomie około piaskowcowego IXb, wszystko co jest niżej w większości przypadków oferuje moralne, obfitujące w ekscytujące runouty przygody. Na Skalną Koronę nie ma łatwego wejścia. Najłatwiejszą drogą jest przeryso-komin pokonany po raz pierwszy w 1927 roku, wyceniany na VIIc. Wtedy pierwszego dnia w tym rejonie, na sam widok tej szpary robiło mi się niedobrze. Pamiętam, że tego dnia wycofałem się jeszcze z dwóch innych dróg i uciekłem z podkulonym ogonem. Dopiero w tym sezonie poczułem się gotowy na to, aby wrócić do Teplic i powoli oswajać się z tym co tutaj dają. Na początku września wziąłem także udział w międzynarodowym spotkaniu wspinaczkowym w Adrszpachu, podczas którego mogłem sprawdzić oraz podszkolić swoje umiejętności wspinania w przerysach. Czułem, że w końcu jestem gotowy na zmierzenie się z przerysą na Skalnej Koronie.
Pozostało tylko znalezienie zmotywowanej ekipy do zamotania tej taśmy. Z pomocą przyszedł jak zawsze chętny na wszelki wyjazdy Cinek, który namówił na wyjazd dwójkę wspinaczy z Lubina - Brzezika i Motyla oraz mieszkającą we Wrocławiu slacklajnerkę z Ukrainy - Olę. Mnie udało się także namówić na Koronę dwójkę lokalnych slackerów z Adrszpachu - Kubę i Vojtka.  Nocleg zapewnił nam Filipski (dzięki wielkie!).

Skalna Korona (Fot. teplickeskaly.cz)
Kolejnego dnia przyszedł w końcu czas na rigging. Standardowo zbytnio się nie spiesząc z porannym ogarnianiem (slacklife...) pod Koronę dotarliśmy ok. 11.00 Vojtek z Kubą już na nas czekali. Powoli przygotowałem sobie węzły i zakrętasy, po czym wszedłem w startowy komin Starej Cesty. W piachach lubię to, że sam wygląd niektórych dróg jest dla mnie przerażający i w głowie tworzę sobie zwykle pewien mit, który przez długi czas odpycha mnie od spróbowania tej drogi. Często latami omijam ją szerokiem łukiem, a kiedy w końcu czuję się gotowy na to, żeby zmierzyć się z mitem, okazuje się, że wcale nie jest tak źle jak mogłoby się wydawać. Tak też było i tym razem. Choć przerysa nie należała do lajtowych i musiałem na niej troszkę przywalczyć, przeszedłem całą drogę w miarę sprawnie OS. Okazało się, że dolna trudniejsza część drogi jest też całkiem nieźle obita, a wisieńką na torcie jest 15-metrowy czwórkowy kominek wyjściowy bez żadnej możliwości asekuracji :). Ale jak mówi znane przysłowie piaskowych dziadków: "Tylko głupiec wypadnie z komina". Po dotarciu na górę zacząłem motanie stanu, a w międzyczasie Kuba z Vojtkiem dotarli na masyw po drugiej stronie. Na dole dzielnie wspierał mnie Cinek z lubińską ekipą, umilając sobie czas turniejem w kapsle. Rigging razem ze wspinaniem na turnię zajął około 5 godzin, do stworzenia stanów po dwóch stronach użyliśmy około 30m spansetów :). Sam nie wiem dlaczego, ale uwielbiam tę robotę. Motanie sprawia mi wręcz więcej przyjemności niż samo chodzenie po taśmie. Widok gotowego hajka i myśl ile czasu i siły wymagało od ciebie zamotanie tego wszystkiego daje mi dosyć spore poczucie satysfakcji. Tego dnia na motaniu się skończyło. Zmęczenie oraz krótki październikowy dzień sprawiły, że przełożyliśmy samo chodzenie na dzień następny.


Fot. Vojtěch Malafa (Adr Lines)

Drugiego dnia rano pojawiłem się na miejscu wcześnie rano. Pogoda nie była jednak najlepsza i gdy w końcu przedarłem się przez zarośnięte i mokre kominki na drugą stronę, szare chmury pokryły niebo. Wiejący wiatr dodatkowo sprawiał, że czułem się jak w Mordorze. Nic jednak nie mogło zatrzymać mnie przed spróbowaniem. Taśma była bardzo luźna i mimo że rozpięta była tylko 50 metrów nad ziemią, cała otoczka, ekspozycja, miejsce sprawiły, że byłem po prostu przerażony. Czułem się jak na Lost Arrow Spire i nie byłem w stanie wytłumaczyć sobie dlaczego. Przecież przechodziłem o wiele bardziej eksponowane i wyższe taśmy, a teraz boję się jakbym pierwszy raz wszedł na hajka. Po kilku próbach zakończonych spektakularnymi lotami byłem całkowicie przemielony fizycznie i mentalnie. To było niesamowite, prawdziwa "psycholajna". Gdy odpoczywałem na skale, pojawili się Kuba z Vojtkiem. Kuba postanowił spróbować przejścia w swoich secondskinach rodem z lat 80-tych, jednak duże właściwości "psycho" tej taśmy sprawiły, że nie zdołał on nawet wstać. Po nim przyszła czs na Vojtka, który w ładnym stylu przeszedł taśmę OS FM. To było świetne przejście. Vojtek jest jednym z "młodych gniewnych" czeskiego hajlajningu. Styl w jakim pokonał tego hajka był naprawdę inspirujący. Potem znów przyszedł czas na mnie i w końcu udało mi się przejść taśmę w jedną stronę. Byłem już jednak zbyt "wyprany" na przejście FM. W międzyczasie dołączył do nas trzeci członek ekipy Adr Lines - Marek, który po kilku próbach także pokonał taśmę FM. Dzień oraz całą akcję można było więc zaliczyć do udanych.





Podsumowując, w weekend 20-22.10.2012 udało nam się po raz drugi w historii rozpiąc highline na Skalnej Koronie w Teplicach o wymiarach 32m L/50m H. Dla mnie jednak te numerki znączą o wiele więcej. Realizacja tego projektu pokazała mi też progres techniczny i mentalny jaki wciąż osiągam w moim wspinaniu. Mam nadzieję, że uda mi się dzięki temu zrealizować kolejne, większe projekty, które mam już w głowie... ;) Ważną sprawą będzie znalezienie ekipy do ich realizacji, ale fakt, że niedawno dołączyłem do zawsze zmotywowanej ekipy Slackhouse sprawił, że o to akurat jestem spokojny ;)

Damian

W głowie kolejne projekty...

czwartek, 12 stycznia 2012

Mały update filmów

Nowy trick: DRAGONFLY, czyli innymi słowy backbounce 360 buttbounce



Slack Motion - filmik z naszych zimowych treningów na sali CARNIVAL. 

wtorek, 6 grudnia 2011

Moc Ziemniaka Powraca!

Tak więc ponownie zawitaliśmy na highline w Bolechowicach - Potato Power. Rigging poszedł całkiem sprawnie, dojście do obu stanowisk nie jest najgorsze, nie zapomnieliśmy założyć ringów, nie upuściliśmy żadnego karabinka, bloczka, ani plecaka a pogoda dopisała ponad wszelkie oczekiwania. Setup jakiego użyliśmy to nasza poliamidowa taśma Rubber Band plus lina dynamiczna jako backup. Po kilku próbach na bardzo luźnej taśmie zaliczyłem przejście HM. Taśma była naprawdę luźna, przy stanowisku miałem niezłe podejście "pod górkę". Po dociągnięciu Pigmej zaliczył imponującego OSa, jednak w drugą stronę były już małe problemy i FM puścił za drugim lub trzecim podejściem. Ciekawostką jest, że Rafałowi łatwiej się szło w tym kierunku, którego ja zupełnie nie ogarnąłem :)
Całość filmował Wojtek, podobno ma kilka dobrych ujęć, użyjemy ich prawdopodobnie w filmie promo, OCZEKUJCIE! 

L - 35m, H - 35m (w przybliżeniu).

po riggowaniu, przed tejpowaniem

Bor - pierwsze próby

Pigmej kompletuje full mana

jakiś turysta :))

tak, tam jest bardzo ładnie! :)

z dołu dłuższy się wydaje

double drop knee

wtorek, 29 listopada 2011

Rubber Band

Jakiś miesiąc temu razem z Pigmejem wybraliśmy się na moją działeczkę potestować nową taśmę na odrobinę dłuższych longach (130-140m). Sprawiła się świetnie. Jedynym mankamentem jej dużej rozciągliwości przy longach +100m jest konieczność używania line gripa lub posiadania wyjątkowo długiej liny na systemie. Tasiemka jest lekka (57g/m), wykonana z poliamidu, ma wytrzymałość 27kN (nowa wersja - 32kN), rozciągliwość 14% przy 10kN naciągu, oraz nosi dumną nazwę Rubber Band :)
Taśma jest niesamowicie bouncy, ma bardzo dużo energii, jest dość "wolna" i sprawia wrażenie miękkiej podczas chodzenia. W przeciwieństwie do sztywnych taśm poliestrowych nie jest tak bardzo nerwowa. Świetnie sprawuje się na krótkich highline, nie dość że bardzo przyjemnie się ją chodzi to jeszcze dzięki dużej elastyczności wyłapuje dużo energii podczas lotów i tym samym odciąża stanowiska. Oprócz tego poliamid jest materiałem odpornym na grzyby, pleśń, promienie UV i wszelkie inne syfy! Będzie ona dostępna w sprzedaży po otwarciu sklepu internetowego Slackhouse na wiosnę 2012, ewentualnie jeśli ktoś będzie chciał ją zakupić wcześniej, piszcie na maila, coś pokombinujemy :) Niżej wrzucam kilka zdjęć z testów, enjoy!








poniedziałek, 14 listopada 2011

Hejszowina + Sokoliki




Pod koniec października 2011 postanowiliśmy zrealizować długo odkładane plany, czyli wypad w rejony w których narodził się Polski highline, a mianowicie Sokoliki (Góry Sokole) oraz Hejszowina (Góry Stołowe). Wyruszyliśmy z Łodzi 4 listopada razem z Dominikiem i Rafałem. We Wrocławiu dołączyli do nas jeszcze Janek oraz Wojtek. Jako pierwszy zamotaliśmy highline Little Wind w Hejszowinie. Janek zaliczył przejście free solo, ja zdecydowałem się na swoje pierwsze przejście w swami-belt, a Rafałowi udało się przejść tą taśmę OSFM mimo dość trudnych warunków. Po zmierzchu Wojtek kręcił jeszcze ujęcia do filmu podczas naszych przejść w ciemności z latarkami – czołówkami przypiętymi do kostek, nadgarstków oraz głowy. Swoją drogą, było to niesamowite uczucie gdy idąc na highline miałem pod sobą ciemną otchłań, a światła z latarek tańczyły na skalnej ścianie którą miałem naprzeciwko siebie. 
Tego samego dnia wieczorem przenieśliśmy się do Sokolików, gdzie po przepakowaniu sprzętu, podejściu na szczyt góry i bliskim spotkaniu z dzikami  rozbiliśmy skromny biwak u stóp skał. Następnego dnia rozwiesiliśmy highline Little Boy (6m), na którym zaliczyłem swami OSFM, Rafał OSFM, a Janek po krótkiej rozgrzewce z ankle leash, przeszedł go free solo. Po szybkim przewieszeniu taśmy na Sixth Avenue (15m), ponownie pyknął swami OSFM, Rafałowi OSFM, a Janek został przy przejściu z ankle leash ze względu na bardzo silny wiatr (silne podmuchy niemal zrzucały z taśmy).
Następny cel: Potato Power na Bramie Bolechowickiej!

czwartek, 10 listopada 2011

Mistrzostwa Świata w Slackline na IMS

W dniach 21-22 października w miejscowości Bressanone (Brixen) we Włoszech odbyły się drugie mistrzostwa świata w trickline pod patronatem WSFED (World Slackline Federation) przy okazji International Mountain Summit. Miałem okazję sędziować te zawody razem z Jankiem Gałkiem i Frederikiem Zimmermannem, co było niewątpliwie bardzo ciekawym, rozwijającym, a ze względu na poziom tricków, niesamowicie trudnym doświadczeniem. Na zawodach pojawiły się rotacje 720 (bb720bb), a takie tricki jak freefall, bb540bb czy wszelkie flipy stają się powoli zjawiskiem powszechnym u większości zawodników. Jedynym trickiem którym pochwalić może się tylko Andy Lewis jest spiral, ale idę o zakład że na ISPO 2012 nie jedna osoba będzie miała go w swoim repertuarze. Mało brakowało do sklejenia przez Andiego komba moich marzeń, czyli freefall to chestbounce 540 buttbounce, jednak za każdym razem przy lądowaniu ostatniego tricku z komba Andy nie trafiał idealnie w taśmę i zsuwał się z niej. Momo po raz pierwszy na zawodach skleił trzy backflipy pod rząd, Mike uraczył nas frontflip to bouttbounce a Lukas Huber ustał bb720bb.
Najtrudniejszą rundą do sędziowania była runda Momo przeciwko Mikowi, czyli starcie dwóch zupełnie odmiennych stylów trickline. Po dość długim podliczaniu punktów i tricków, o mały włos wygrał Mike, chociaż ilość punktów była prawie równa. Tym samym Momo spotkał się w Luisem Meierem w rundzie o trzecie miejsce, którą wygrał.
Do finałów wszedł Mike Payton oraz Andy Lewis. Obaj amerykanie uraczyli nas trickami na bardzo wysokim poziomie, jednak Andy miał duże problemy z ustawaniem komb a nawet pojedynczych tricków, co zadecydowało o jego porażce.

Klasyfikacja końcowa Mistrzostw Świata w Slackline na IMS przedstawia się następująco:
  1. Mike Payton
  2. Andy Lewis
  3. Momo Wiese
  4. Luis Meier
Ranking World Cup 2011:
  1. Andy Lewis
  2. Momo Wiese
  3. Mike Payton